
Dobrze tu wrócić po długiej przerwie. Dobrze, bo to oznacza, że może w końcu jest czas, by opowiedzieć nieco o nas, rodzicach. W końcu to blog o codzienności, a tak, jak wiadomo, w ADHD potrafi być wyzwaniem.
Czasem słońce, czasem deszcz
A czasem nawet burze z piorunami 😉 Rodzice dzieci z nadpobudliwością psychoruchową doskonale wiedzą, jak może wyglądać typowy dzień z życia rodziny. Ta sinusoida emocji i wrażeń ma różne oblicza i jest wyczerpująca nie tylko dla samego dziecka. Najczęściej to wyczerpanie dorosłych jest po prostu fizyczne i przychodzi zaraz po dużym napięciu psychicznym związanym np. z wybuchem gniewu naszego dziecka. Jakże nie chcielibyśmy słyszeć od wychowawczyni syna, że dziś w szkole znów było coś nie tak, albo „było ok, ale”. Może już nie ma tego ciągłego nerwowego wyczekiwania, które towarzyszyło nam na początku, kiedy odbieraliśmy go ze szkoły w pierwszej klasie i chętnie oddawaliśmy swoją turę temu drugiemu. Wszak to wątpliwa przyjemność tłumaczenia się za zachowania i sytuacje, na które najczęściej nie mamy wpływu. Najgorsze w tym wszystkim jest to, że wszyscy mamy świadomość tej specyficznej chemii mózgu w ADHD, dbamy o leki, terapie i warunki, które sprzyjałyby tonowaniu nastrojów. Ale jednak TO się wydarza. Zdajemy sobie sprawę, że nasze dziecko funkcjonuje w klasie, specyficznej społeczności, nawiązuje relacje, dlatego ważne, by nauczył odnajdować się w sytuacjach, które w makroskali na pewno spotkają go poza szkołą, w innej grupie ludzi. Jest również w instytucji, która rządzi się swoimi prawami i to dopasowanie jest chyba najtrudniejsze.
Co w tym o nas?
Od września Antek jest w drugiej klasie i wydawałoby się, że już zdążył się przyzwyczaić, wdrożyć. I faktycznie tak było. Ścieżka indywidualna dobrze mu zrobiła w drugim półroczu, mógł pokazać swój potencjał, rozwinąć skrzydła, bez zbędnych bodźców i rozpraszaczy. Dostaliśmy mnóstwo pozytywnego feedbacku na końcu zeszłego roku szkolnego, co pozwoliło nam na chwilę zapomnieć o problemach. Potem były wakacje, rozluźnienie, oddech. To wszystko razem sprawiło, że straciliśmy czujność i już we wrześniu nastąpił bolesny powrót do rzeczywistości. Tak więc od września do teraz działo się STROJENIE naszego dziecka, który niczym nieużywany instrument muzyczny musiał na nowo zaadaptować się do środowiska szkolnego. Ale ta adaptacja, to nastrajanie to nie tylko SZKOŁA, ale i PO SZKOLE. A dokładniej: konsultacja z psychiatrą i dobranie leków do aktualnych potrzeb, ustalenie na nowo programu terapii psychologicznej i nowe, trudne decyzje dotyczące zajęć pozalekcyjnych. Karate zastąpiliśmy trampolinami i dołożyliśmy angielski na wesoło. Uznaliśmy po konsultacji z psychologiem, że potrzebny mu sukces, dowartościowanie, a nie kolejny test, sprawdzian i walka o uznanie. Wszedł w to i na razie nie słyszeliśmy zdania, które zwykł powtarzać regularnie przed karate „wypisz mnie, tato”. Korzyści z wyżycia się na macie i przestrzeń na wygłupianie się na razie się sprawdzają. Ten czas od września to także nasze zmagania z własnymi emocjami, powodowanymi emocjami naszego dziecka.
Jak nauczyliśmy się odpuszczać.
Właściwie ten nagłówek mogłabym zatytułować „jak nauczyłam się odpuszczać”, bo to głównie ja mam problem z wrzuceniem na luz. Zaczęło się bardzo dobrze, bo wrzesień zainaugurowaliśmy spóźnionymi i zasłużonymi wakacjami po przeprowadzce. I może faktycznie na chwilę oderwaliśmy się od wrześniowej słoty, ale i tak nie zdołaliśmy wypocząć i zregenerować sił po trudach remontu. To była nie lada operacja logistyczna, a nasze przenosiny na pewno nie pozostały bez wpływu na Antka. W końcu nowy pokój już bez siostry, nowe otoczenie, my czasem zabiegani. To z pewnością jeszcze długo po zamieszkaniu w nim grało. Pozytywnie nastawieni po urlopie, wróciliśmy do rzeczywistości i już po pierwszych tygodniach zrozumieliśmy, że będzie ciężko. Dopiero teraz trochę się „wyprostowało”. Cała sytuacja, a raczej nowe okoliczności wymusiły na nas parę zmian w naszym myśleniu i postępowaniu. Porzuciliśmy nasze schematy i praca nad spokojem w naszym domu rozpoczęła się na nowo. Myślę, że to były zmiany na lepsze, choć czas pokaże, czy zmierzamy w dobrym kierunku.
Nie ma już żelaznej zasady sobotniego sprzątania. Tradycję praktycznie każdego polskiego domu, wyniesioną z naszych rodzinnych zmodyfikowaliśmy i dopasowaliśmy do nas. Sprzątamy na bieżąco, a jak jest potrzeba, skupiamy się na odciążeniu naszego układu nerwowego i wypoczywamy. Najczęściej przebodźcowani po tygodniu, z wielką radością witamy sobotę, kiedy „nie musimy, a możemy”. Pozwalamy sobie na piżamowe przedpołudnie i śniadanie o bliżej nieokreślonej porze. Weekend dopasowujemy raczej pod godziny terapii syna z panią psycholog i basen córki oraz spotkania z rodziną i znajomymi.
Czytamy i do tego zachęcamy nasze dzieci. Antoni wręcz pochłania książki z serii „Magiczne drzewo”. Wciąż jest też przestrzeń na opowiadania z tatą nowych przygód Antoniusa. Z Gabi codzienne czytanie przed snem i przeglądanie wydań albumowych. Dbamy też o siebie. Mąż wierny fantastyce, regularnie zapełnia naszą domową biblioteczkę, ja z kolei odpływam w świat psychologii i samoświadomości. To chyba pokłosie terapii psychologicznej, która pomogła mi, ale też otworzyła na inne, ważne tematy. Myślę, że literatura to bogactwo, z którego powinniśmy czerpać garściami. Zauważyłam, że wycisza nas to i łączy, bo każde z nas wchodzi w swój świat, na chwilę zapominając o codziennych troskach.- Ćwiczenia i ruch. Tutaj zaliczyliśmy wielki comeback. Codzienna, regularna dawka ruchu sprzyja nam wszystkim. Praca siedząca trochę nas unieruchomiła od ostatnich 2 lat. Z przyjemnością obserwujemy jak nasze ciała i głowy pozytywnie reagują na regularne ćwiczenia. Nie jesteśmy już tak zmęczeni, nie jesteśmy już tak nerwowi. Zwyczajnie mamy więcej energii. Każde z nas lubi coś innego (ja rowerek, Michał ćwiczenia na macie), dzieci nas podpatrują i cieszymy się, kiedy próbują nas naśladować. Mamy też większą chęć, by fundować Antkowi dłuższe spacery z jakimś obranym celem, np. odebraniem zamówienia z apteki, paczkomatu itp.
Suplementujemy się. Ostatnio bardzo zainteresował mnie temat mikrobiomu i wpływu tego, co jemy i stanu naszych jelit na pracę naszego mózgu. Wysłuchałam wartościowego webinaru doktoranta psychiatrii z Wrocławia, wczytywałam się w porady sympatycznej Pani psychiatry Joanny Adamiak na temat probiotyków, wreszcie przeczytałam serię artykułów dotyczących tzw. psychobiotyków. To zainspirowało mnie do zrobienia badań, uporania się z własnymi problemami zdrowotnymi i zadbania o dietę oraz witaminy. Do naszej apteczki „wjechały” m.in. probiotyki, witamina D, kwasy omega, ale równie kiszonki. Zauważyłam, że to, co jemy, przekłada się na naszą efektywność w pracy i nasze samopoczucie. Czasem też serwujemy sobie coś innego niż zwykle i angażujemy się całą rodziną w przygotowanie oryginalnych deserów czy sałatki owocowej.- Dajemy sobie przestrzeń na swoje zainteresowania. Różnimy się, wypoczywamy w inny sposób. Michał gra na komputerze, ja lubię urządzać wnętrza, oglądać filmy psychologiczne. Dajemy sobie odpocząć od siebie i każdy wie, że drugie tego potrzebuje.
Czas tylko dla nas. Oboje uwielbiamy oglądać stand-upy, słuchać muzyki, poznawać nowe smaki. Dlatego od czasu do czasu z pomocą Dziadków urządzamy sobie wieczory randkowe, bez dzieci, bez rutyny, ale z planem. Koncert, restauracja, kino. Cokolwiek bez przymusu i z powiewem kontrolowanej spontaniczności. To zdrowe, to dobre i chętnie wracamy do tych chwil. Bywało też nostalgicznie, gdy dzieci poszły spać i obejrzeliśmy wspólnie „Bar dobrych ludzi”. Ale też przejmująco, gdy w milczeniu zakończyliśmy seans filmu „Mój piękny chłopiec”. Poruszający, mądry, smutny. To też zbliża.
Może nie wymieniłam tu wszystkiego, może to wszystko nawet nie jest pięknie poukładane. Lecz po tych paru miesiącach ciszy w sieci udało się nam wypracować jakąś ścieżkę w realnym życiu, której wcale nie trzymamy się kurczowo, ale która daje nadzieję, że będzie lepiej. Wiemy, że nasze zdrowie w głowie to oparcie dla naszych dzieci i odporność, której życzymy każdemu rodzicowi dziecka z ADHD.
