
Ostatnio na forach dla rodziców dzieci z ADHD mówi się o pewnej grze komputerowej przepisywanej na receptę przez amerykańskich lekarzy. W grę nie graliśmy, lekarzem nie jestem, ale pokusiłam się o komentarz pod tą wypowiedzią, zalecając chłodny optymizm i wiarę we własną intuicję, intuicję rodzica dziecka z nadpobudliwością psychoruchową z deficytem uwagi. Otóż zgodziłam się co do tego, że gry pomagają skupić się synowi, bo faktycznie wręcz pożera takie obrazki i najchętniej grałby bez końca. Jednak u nas gry komputerowe (nawet te z odpowiednim PEGI) wzbudzają zbyt wiele emocji u syna i powiedziałabym, że nadmiernie go pobudzają i jak na razie, nie jest gotowy na taką dawkę wrażeń. Dlatego w to lato postawiliśmy na rozrywki analogowe, którym nie można odmówić oryginalności. Poniżej garść inspiracji, którymi proszę się do woli częstować.
Spis treści:
Cz. 1. Podejście do podchodów
Cz. 2. Gra planszowa inna niż wszystkie
Cz. 3. Uspokajające klocki
Cz. 4. Półkolonia z Lego
Podejście do podchodów
Znaki na piasku, kamienie ułożone w symbol, napisy wyryte na pniu drzewa albo pospiesznie zapisane na świstku papieru. Tak wyglądały podchody w latach, gdy ja byłam mała. I choć czasy są inne, maluchy uwielbiają multimedialne rozrywki, to jedno pozostaje niezmienne — pragnienie rozwiązania zagadki i naturalna dziecięca ciekawość. Idąc tym tropem, zaproponowaliśmy dzieciom zabawę w ogrodowych poszukiwaczy, której przygotowanie zajmuje mniej niż pół godzinki, ale ich reakcja jest porównywalna z otrzymaniem najbardziej wypasionego zestawu Lego. 😉
Dawna zabawa, która wciąż jest na czasie.
Niedziele bywają u nas leniwe. Ale kiedy zdarza się nam odwiedzić Dziadków na dłużej, okazuje się, że wiejski krajobraz, który przecież doskonale znamy, jest niewyczerpanym źródłem inspiracji. Tak było i tym razem. Kiedy to nuda i rutyna zaczęła pomalutku wkradać się w plan dnia, tata tajemniczo szepnął mi na ucho, bym przez najbliższe pół godzinki zatrzymała dzieci w domu. Choć nie zdradził szczegółów, wiedziałam, że szykuje się coś spontanicznego i ciekawego. Kątem oka widziałam przez okno w kuchni, że się krząta, coś nosi, przemieszcza się. Po około 20 minutach zawołał dzieci do siebie. Zbiórka była w domu u Dziadków. Tata wyjaśnił zasady (zaczynamy od listu z napisem i obrazkiem w butelce), a następnie postępujemy według wskazówek znalezionych w kolejnych miejscach. Antoś wyciągnął zwitek z pospiesznie narysowaną huśtawką i przeczytał „tam, gdzie bujanie”. Muszę dodać, że rysunki zostały zrobione kredkami szkolnymi syna i to w pośpiechu, zatem malunek nie zawsze był jednoznaczny. 😉 Dzieci zorientowały się, że chodzi o huśtawkę ogrodową i zaczęły szukać. Ale nie były to takie łatwe poszukiwania, bo mąż postarał się, by kolejne butelki/słoiki zakopać lub tak ukryć, by miały frajdę z ich poszukiwań. Okazało się, że pierwszy słoik był zakopany i trzeba było włożyć trochę wysiłku w jego odnalezienie. Ale satysfakcja syna była olbrzymia.

Kolejne punkty to m.in. wnętrze starego wojskowego namiotu rozłożonego w ogrodzie, brzoza nazwana przez tatę „białym drzewem”, kamień obok maszynowni Dziadka, szklarnia Babci, dołek na dawnym polu golfowym, stara, pochylona grusza, czy drewniana ławka niedaleko warzywnika cioci Tereski.
Na końcu okazało się, że nagrodą były owocowe, bezcukrowe batoniki ukryte pod ławką i ostatni fragment mapy. Każdy z punktów krył jeden urywek kartki, składający się na całość. I tak delektując się smakiem leśnych owoców, nieco zdyszani przebieżką po sporym ogrodzie, a nawet dwóch (Dziadków i Cioci), z radością oddali się układaniu papierowych puzzli. Cała zabawa nie trwała dłużej niż 20 minut. To była bardzo oryginalna i prosta rozrywka, którą serdecznie wszystkim polecam. Myślałam, że syn będzie się denerwował, że od razu nie rozszyfrowuje znaków, ale nic takiego nie miało miejsca. Wszyscy świetnie się bawiliśmy i jesteśmy wdzięczni tacie za taki pomysł na wspólne spędzenie czasu na świeżym powietrzu.

Trochę wspomnień
Ostatni rok był dla nas trudny. Pierwsza klasa, trudności adaptacyjne i w końcu indywidualna ścieżka nauczania. W tle wiele zmian, w tym przeprowadzka, nowe zawodowe wyzwania, zawirowania na świecie, które jak wiadomo, nie najlepiej działają na dzieci z ADHD. Ale jedno chcę, by wybrzmiało — Antoś zrobił olbrzymi progres, wyciszył się, dojrzał i to, co było katastrofą we wrześniu zeszłego roku, dziś ma dużo lżejszy wymiar. Na pewno terapia psychologiczna pomogła. Tego jestem pewna. Widzę, że uczestnictwo w niej jest obecnie dla syna przyjemnością. Kiedyś wręcz stawaliśmy na rzęsach, by w ogóle chciało mu się na nią wstać w sobotni poranek… Z drugiej strony farmakoterapia pod kontrolą psychiatry i regularne wizyty kontrolne. Na pewno nasze podejście się zmieniło, nauczyliśmy się bardziej i lepiej wyczuwać nastroje i zbliżające się tornada. Jak tylko widzimy, że poziom emocji w domu rośnie, staramy się reagować z wyprzedzeniem. Chciałabym również podkreślić rolę szkoły, mądrych pedagogów, których mam okazje spotkać, a którzy są otwarci na niestandardowe potrzeby uczniów. Zdajemy sobie sprawę z ograniczeń w szkole publicznej, ale muszę przyznać, ze trzeba współpracować i nie obrażać się na cały świat. Dziecko to też czuje. Jedno jest pewne — WARTO dać szansę dziecku na poprawę. I nie mam złudzeń, że bez leków, regularnej terapii, współpracy ze szkołą nie byłoby takiego progresu. I oczywiście nie jest tak, że ADHD wyparowało. Ono wciąż jest, ale my jesteśmy już inni i wiemy, jak sobie z tym radzić. Dziś nasz synek ponownie, częściej daje nam powody do uśmiechu, a nie troski i możemy skupiać się na aktywnościach rozwijających jego talenty, z uwzględnieniem symptomów, a nie fokusujemy się na gaszeniu pożarów związanych z ADHD.
Klocki, układanki, zgadywanki. Widzimy, że takie analogowe rozrywki dobrze działają na nadpobudliwe dziecko, które świetnie się przy tym skupia i wycisza.
cdn.
