
Minęły już dwa pierwsze miesiące mojego syna w szkole. Były to chyba najdłuższe i najintensywniejsze miesiące naszej rodzinnej koegzystencji od dawna 😉 Adaptacja wciąż trwa, ale zdążyliśmy już wypracować sobie parę sposobów na organizację naszego codziennego zgiełku. Dziś więc o tym, jak wdrażamy się wspólnie w system i czy pasujemy do takiej formy edukacji.
„Bo mi nie przygotowałaś”
Pierwszy raz usłyszałam to zdanie od syna rano, kiedy w pośpiechu zbieraliśmy się, by pojechać do szkoły i przedszkola. Nerwowość, prędkość światła i robienie rzeczy na pamięć. Wiadomo. Wyobrażam sobie, że tak wyglądają poranki w niemalże każdym polskim domu i to mnie trochę pociesza. Ale wiadomo również, że w ADHD nie może być mowy o popędzaniu, krzyku i napiętej atmosferze. Tak wysoki poziom emocji nigdy dobrze nie wpłynie na dziecko z nadpobudliwością, a już na pewno nie przyspieszy procesu. Zatem kiedy z moich ust padła prośba, by się ubrać, otrzymałam rozbrajającą odpowiedź, że przecież nie przygotowałam ubrań…

Ręce mi opadły, choć uświadomiłam sobie, że zapracowałam sobie na taki efekt. Otóż codziennie od 4 lat szykuję synkowi dzień wcześniej ubrania i kładę w umówionym miejscu. Sama dobieram, misternie składam- działam na autopilocie i cieszę się, że jedno z głowy. Ale właśnie tego jednego jedynego popołudnia/wieczoru prawdopodobnie byłam na tyle zabiegana i zmęczona, że zwyczajnie o tym zapomniałam. Jakaż byłam zła na siebie, że o poranku nie miałam przygotowanej odpowiedzi na komentarz syna. Nie mogę mieć przecież do niego pretensji, bo nigdy od niego nie wymagałam wykonywania tej czynności. Tyle gwoli wyjaśnień. Postanowiłam więc coś z tym zrobić i stworzyłam listy, które obecnie są w fazie testów i mają pomoc lepiej zorganizować czas okołoszkolny.
Listy, tabelki, zasady
W każdym podręczniku dotyczącym pracy z dzieckiem z ADHD jest wskazówka, że należy je wspomagać w zarządzaniu czasem i organizacją, bo ma z tym problem. I faktycznie tak jest. Zgubiona czapka w szkole, okulary na basenie, rękawiczka na spacerze czy zeszyt, który zaginął w niewyjaśnionych okolicznościach — to norma. Ostatnio szczytem właśnie były zagubione zeszyty, które wcześniej oczywiście przygotowałam, opisałam, założyłam okładki… i zniknęły. Jakież było moje zdziwienie, kiedy odkryłam w plecaku syna plik kartek z zadaniami od Pani wychowawczyni, na których były napisane uwagi co do poziomu pracy (np. poćwicz, nie pisz itp.), ale i „BRAK ZESZYTU”, i to z wykrzyknikiem 😉 Najpierw zdenerwowałam się na syna, a potem stwierdziłam, że trzeba podejść do tego zapominalstwa sposobem. Stworzyłam dość krótką i konkretną listę rzeczy, które syn musi wykonać wieczorem przed pójściem spać. Jak widać na załączonym obrazku, powinien zrobić wszystko to, co do tej pory było na mojej głowie.


Oczywiście syn musi mieć asystę podczas wykonywania kolejnych punktów, ale raczej towarzyszymy, niż wykonujemy coś za niego. Zmieniamy się tym obowiązkiem z mężem, a kiedy dziecko ma na drugą zmianę, listę realizujemy o poranku w dniu szkoły. Liczymy, że z czasem wejdzie mu w krew sprawdzanie tego. Nie oczekuję, że będzie robił wszystko z zamkniętymi oczami, ale chociaż zapamięta, że trzeba zajrzeć na listę, która wisi tuż nad biurkiem. Dodatkowo przygotowałam króciutką checklistę rzeczy do zrobienia o poranku, jeszcze przed wyjściem z domu. Zdarzało się bowiem, że syn zapomniał worka z butami lub stroju na basen. Raz nawet na ten basen nie pojechał, co było dla niego na tyle traumatycznym doświadczeniem, że od tamtej pory sam pamięta o plecaku na basen.

Wspomnień czar
Ale to nie jest tak, że jakaś lista sprawi, że od dziś nastąpi spektakularna zmiana. To drobna innowacja, która może złożyć się na tę całość, która odciąży nas rodziców. Tak sobie wzięłam do serca opinię, że wykonując obowiązki za dziecko, nie uczymy je samodzielności. Dlatego staram się nie przekraczać granicy wsparcia i towarzyszenia. W tym miejscu mogę również powspominać porażki związane z listami. Dokładnie rok temu na świeżo po lekturze poradnika dla rodziców dzieci z ADHD, wspólnie z synem na dużej kartce papieru spisaliśmy zasady, których mieliśmy trzymać się w domu. I wszystko było ok do momentu ataku szału. Syn w przypływie złości zadał sobie trud, by wspiąć się na wysoką szafę i zerwać ze ściany plakat, a następnie misternie pociąć go na drobne nieukładalne puzzle. Może to było za wcześnie, może my byliśmy niegotowi na takie kroki? Nie wiem, co wtedy nie zafunkcjonowało. Wiem jednak, że nie należy się poddawać i po roku wracamy do systemu list.
Praktyka czyni mistrza
Mój syn jako trzylatek zwykł powtarzać zasłyszane od nas zdanie, że praktyka czyni mistrza. Tak go motywowaliśmy, by się nie poddawać przy pierwszych trudnościach 😉 Dziś wcieliliśmy w czyn szkolny owo zdanie. Otóż w ramach domowego ćwiczenia grafomotoryki, założyliśmy zeszyt do codziennych szlifów w pisaniu. Popołudniami po szkole, kiedy chwilę ochłonie i pobawi się w jakąś analogową zabawę, zabieramy się do pisania kilku wymyślonych przeze mnie zdań. Oczywiście obiecana jest zawsze nagroda. Dziś niestety drobna słodycz, ale może wpadniemy na jakiś lepszy zamiennik😉 Muszę przyznać, że jestem zaskoczona postawą syna, który nie marudzi za bardzo. Nie wiem, czy to efekt słodkości, ale każdy chwyt dozwolony. Czasem mu się nie chce, ale to sygnał, że muszę jego prace sprawdzać odcinkami- po każdym zdaniu dawać feedback, buźkę, „ptaszka”, bo inaczej będzie zdemotywowany. To na razie działa i chciałabym, by moje pozytywne nastawienie i entuzjazm trwale przelać na syna.

Nie wiem, czy pasujemy do systemu edukacji, który proponuje polska szkoła publiczna. Przecież trudno jest czasem synowi wysiedzieć w ławce, a brojący obok kolega może skutecznie rozpraszać jego uwagę. Ale jedno wiem na pewno- obowiązkowość na pewno nie zaszkodzi i być może przełoży się na inne dziedziny jego życia. Widzę, jak bardzo się stara mimo swoich trudności, ile wkłada pracy i mam nadzieję, że to pozwoli nam w miarę bezboleśnie przejść do kolejnego etapu szkolnego.
