
Na temat nadpobudliwości psychoruchowej z deficytem uwagi można usłyszeć tyle samo faktów, ile mitów tj. ADHD to wymysł; z ADHD się wyrasta; to wymówka dla braków w wychowaniu. Sytuacji nie pomaga istniejący spór w środowisku naukowym. Najlepszym przykładem zawirowań wokół zagadnienia jest przypadek samego twórcy terminu, który tuż przed śmiercią zrewidował swoje poglądy na temat istnienia ADHD. A to z kolei znakomicie wykorzystali sceptycy. Dodatkowo, jak dotąd nie udowodniono istnienia genu ADHD, a jedynie wskazano na dziedziczną skłonność. Oczywiście nie mnie kwestionować którąkolwiek z teorii naukowych, bo nie mam ku temu kompetencji. Ale praktyka, mamy syna z ADHD, a także moja intuicja podpowiada mi, że w zespole tak specyficznych objawów nie ma przypadków. Dlatego dziś parę słów o moim mężu, który jest prawdopodobnie dorosłym z ADHD, a któremu to nasz syn zawdzięcza swą wyjątkowość. Tym samym podpisuję się obiema rękami pod powiedzeniem jaki ojciec, taki syn i spieszę z wyjaśnieniem charakterystyki symptomów.
Samodiagnoza
Olśniło nas. Tak można określić moment, w którym uświadomiliśmy sobie, że nasza przygoda z ADHD ma swój początek w najbliższej rodzinie. Parę miesięcy po diagnozie syna, kiedy już okrzepliśmy, oswoiliśmy temat i uzbroiliśmy się w narzędzia do pracy, spróbowaliśmy ugryźć temat z innej strony. Podczas jednej z dłuższych i nużących podróży pociągiem, dzieląc z mężem jedną parę słuchawek, wysłuchaliśmy na YouTube podcastu znakomitego naukowca, znawcy ADHD, dr. Thomasa E. Browna. Właśnie wtedy doszło do nas, że wiele z przytoczonych przez specjalistę przykładów zachowań dorosłych z ADHD dotyczy męża. Kiedy zaczęłam analizować omawiane sytuacje, wciąż zadawałam sobie pytanie, czemu wcześniej tego nie zauważyliśmy. Kiedy po podróży ponownie sięgnęłam do źródeł pisanych, odkryłam, że na moje oko mąż ma odmianę ADHD, która objawia się w znacznym stopniu zaburzeniami koncentracji uwagi, zaś pozbawiona jest impulsywności i agresji. Dziś nazywa się ten typ ADD (attention deficit disorder), choć w wielu wcześniejszych publikacjach funkcjonował jako odrębna jednostka chorobowa. Mniejsza o terminologię. Większe znaczenie miało dla nas to przełomowe odkrycie rodzinne. Pozwoliło nam szerzej spojrzeć na temat, wskazać logiczne uzasadnienie naszego przypadku. A jakież to cechy i zachowania zauważa u siebie dziś? Wspólnie stworzyliśmy listę, która powstała podczas krótkiej wymiany zdań, co oznacza, że podane przykłady nie budzą w nas żadnych wątpliwości, są ewidentne ;))
Nóż na gardle i anioły
Zacznę z grubej rury. Otóż usłyszałam z ust mojego męża fascynującą historię z czasu studiów. Dodam, że podobnych zdarzało się więcej, choć ta wydała mi się najbardziej zabawna. Studia humanistyczne, wiadomo, opasłe tomiska do przeczytania, interpretacji, wkucia. Wiedza, której zgłębienie jest możliwe tylko przy ogromnej wewnętrznej dyscyplinie… No właśnie, dyscyplinie. I to jest clou tej opowieści. Otóż osoby z ADHD nie są najlepsze w systematyczności, szczególnie jeśli dotyczy ona zagadnienia, które je średnio interesuje. Mimo iż kierunek studiów został świadomie wybrany przez mojego męża, to zdarzały się epoki w historii literatury, które nie budziły w nim większych emocji. I tak było z barokiem. A, że nie nawykł do wkuwania na długo przed egzaminem semestralnym, nie mogło to mieć szczęśliwego zakończenia. Ale to nie będzie opowieść o otrzymaniu dwójki z hukiem, ale o tym, że w przededniu owego sprawdzianu wydarzyła się rzecz niezwykła. Otóż mojego męża naszła wena, by właśnie w tym momencie był ten dzień, kiedy zgłębi wiedzę o żywo interesujących go aniołach. I tak wjechała na całą noc angelologia, pochłaniana z wypiekami na twarzy, niepozwalająca zasnąć do rana… A jaki był finał tej historii, pewnie się domyślacie. Dopiero termin nr 2, przysłowiowy nóż na gardle był w stanie zmobilizować go do działania. Ale dodatkową trudnością jest fakt, że uczenie się na pamięć jest wyczynem, który najczęściej jest poza zasięgiem osób z ADHD.

Zmierzam do fragmentu wypowiedzi dr. Browna, który podkreślał, że nam, osobom, które nie mają ADHD trudno jest to zrozumieć. Przecież wystarczy się zawziąć i już. Ale mózg takich osób funkcjonuje zupełnie inaczej. Owszem, są w stanie wiele uczynić w polu zainteresowań, lecz dyscyplina i planowanie rutynowych, często nudnych czynności to zdecydowanie ich pięta achillesowa. Wiadomo, dorosły z ADHD nie ma już tych problemów. Nauczył się mechanizmów radzenia sobie z odkładaniem rzeczy na później, niechęcią do tematów, którymi akurat się zajmuje. Ale wymaga to wiele pracy i ogromnego wysiłku, choć nam wydaje się, że to przecież proste. Chcę podkreślić, że właśnie dlatego ważne jest znalezienie w swoim dziecku supermocy, które rozwijane mogą stać się olbrzymim atutem, źródłem tak potrzebnych „adehadkom” sukcesów. W przyszłości może nawet stać się zawodem, czy specjalizacją.
Z zapartym tchem
Oglądanie filmu, bajki, czy czytanie interesującej książki z otwartą buzią to obrazek pojawiający się w wielu domach. U mojego męża w okresie dzieciństwa i młodości przejawiało się to głównie utratą poczucia czasu podczas czytania książek. Ulubiona lektura zawsze obowiązkowo w plecaku. Przerwa w szkole, pauza między zajęciami na studiach- też nie mogło się obyć bez niej. Myślisz- humanista. Być może, ale podobnie sytuacja miała się z grami komputerowymi, czy grami RPG, które tak go absorbowały, że często trudno było mu się od nich oderwać. Ale tak nagminnie. Dziś łapię męża na tym, że wraz z synem ogląda bajkę z otwartą buzią. Szczególnie gdy jest to japońska animacja. Obaj zapatrzeni, milczący, totalnie pochłonięci. To nawet zabawny widok, a jakiekolwiek moje prośby, czy komunikaty kierowane do nich, muszą być przeze mnie powtarzane po wielokroć. To męczące, ale zawsze powtarzam sobie, że to dzieje się niezależnie od woli.

Kiedyś jedna z pań psycholożek, z którą mieliśmy do czynienia, poradziła nam, by dotknąć syna w ramię, gdy chcemy ściągnąć jego uwagę. Mówienie po sto razy tego samego tylko wszystkich zdenerwuje, a taki niewielki gest może zdziałać cuda. Dlatego, jak tylko jestem w pobliżu, staram się to czynić w ten magiczny sposób.
Jego własny świat
Gdybyście spotkali mojego męża w dzieciństwie lub w młodości, stwierdzilibyście, że jest outsiderem. Miał i nadal ma swój własny świat, w którym literatura fantasy przeplata się z mitami i legendami, czy odległymi epokami: starożytnością i średniowieczem. Do dziś lubi odpływać w nieznane mi rejony, ale ja to akceptuję, bo ma kawałek tylko dla siebie. Ponoć ludzie z ADHD tak mają i należy im pozwolić realizować się na polu, które czują. Swoją drogą cieszę się, że syn obecnie namiętnie rysuje, a nie na przykład gra w strzelanki…

Zafiksowanie na jakimś temacie może być bardzo pomocne, zwłaszcza jeśli przychodzą chwile olbrzymiego stresu. Wtedy działa schemat, kalka i taki człowiek sięga po to, co do tej pory dawało mu ukojenie. Ostatnio mamy całą stertę rysunków synka i pokaźny księgozbiór męża, który z roku na rok tylko się rozrasta. Dochodzi do tego brak poczucia czasu, który w niektórych sytuacjach bywa kłopotliwy. Np. gdy mąż gra do późna, choć wie, że o poranku budzik bezlitośnie zadzwoni o 6 😉 Osoby z ADHD potrafią bezgranicznie oddać się pasji. Kiedyś nasza pani psychiatra powiedziała nam, że świat nie znałby odkrywców, czy wielkich wynalazców, gdyby nie szalone umysły, nieszablonowe myślenie i drążenie tematu, który ich zainteresował.
Miks sprzeczności
Wiadomo, po latach trudno sobie przypomnieć zdarzenia, które mogły być sygnałami o ADD. Mąż nigdy nie był diagnozowany, to wyłącznie nasze przypuszczenia i małe rodzinne dochodzenie. Człowiek dorasta, dojrzewa, uczy się panować nad sobą, sterować zachowaniami, stosować techniki, które pomagają „normalnie” funkcjonować. Gdyby wziąć kolejną z cech charakterystycznych z ADHD, jaką jest gadatliwość, to z pewnością mąż z dzieciństwa i młodości doskonale by do tego modelu pasował. Niepohamowana potrzeba opowieści, opisu, odpowiedzi na pytania, zadawania pytań. Do dziś sąsiadka teściów wspomina, że mały Misiu (zdrobnienie od imienia Michał) przychodził do niej na pogaduszki. Choć to pozornie nie współgra z drugą z naczelnych cech, jaką jest kumulowanie emocji. Wydawałoby się, że gaduła powie wszystko, wyrzuci, co ma w środku i czuje się oczyszczony. Ale tak nie jest. W literaturze dotyczące ADD przeczytałam, że emocje są skrzętnie kumulowane. Pod płaszczykiem towarzyskości kryje się osoba, która ma swój świat, wewnętrzne bogate życie, które ani myśli na bieżąco poddawać terapii zbiorowej, czy dzielić się nim z otoczeniem. A to bywa zgubne. Dlaczego? Bo kiedy uczucia, emocje przekroczą stan krytyczny, następuje nieoczekiwany wybuch. W dzieciństwie dość przewidywalny, u dorosłego rzadki, choć zaskakujący. Czasem ze stresem pomaga sobie radzić obracany w palcach fidget spinner, gniecenie piłeczki, czy trzymanie długopisu, a nawet machanie nogą pod stołem. Po takim wybuchu często przychodzi refleksja, lecz pamięć niepowodzeń to kolejna rzecz, która z osobą mającą problemy z koncentracją uwagi zostaje na dłużej.

Tak sobie myślę, czy jest w ogóle sens doszukiwać się w rodzinie ADHD? Myślę, że jest, bo to nas uspokoiło i trochę podbudowało. To przecież jakieś logiczne uzasadnienie dla obecnego stanu. Cieszę się, że dość wcześnie wyłapaliśmy symptomy u syna, że zdiagnozowaliśmy go, bo jesteśmy bogatsi o wiedzę i pracujemy nad objawami. Choć jesteśmy dopiero na początku naszej drogi w terapii syna, to czujemy, że może być lepiej. Bo w końcu tata jest wspaniałym człowiekiem i pokonał swoje demony. Zrobimy wszystko, by szczęśliwie dopłynąć z synem do dorosłości i wychować na mądrego i świadomego swoich mocnych stron człowieka.
