
Nasz blog określam jako opisujący codzienność z ADHD. Wiadomo: „diagnoza”, „objawy”, „sposoby na”. Słowem wszystko, co wiąże się z naszym największym skarbem — dzieckiem. Ale codzienność z ADHD to również my, rodzice i rodzeństwo, którego również dotyczy ta nadzwyczajna sytuacja. Dziś więc inaczej niż zazwyczaj, skupię się na refleksji na temat psychicznej kondycji rodziców i próbach odreagowania emocji, których czasem nie da się opisać słowami.
BEZSILNOŚĆ
Prawdopodobnie każdy z rodziców dziecka ze specjalnymi potrzebami choć raz doświadczył bezsilności. Zaryzykuję nawet twierdzenie, że to stan permanentny z małymi przerwami na radość z pojedynczych sukcesów. I choć niejednemu z nas, w tym mi wydawało się, że takie regularne drobne ukłucia w sercu, małe smutki, czy mikrozłości są całkowicie do opanowania i przyzwyczajenia, to w istocie tak nie jest. Niestety, systematyczne drążenie rodzicielskiej skały (za którą się mamy), przez maleńką niepozorną kroplę negatywów sprawia, że niepostrzeżenie i w najmniej oczekiwanych okolicznościach rozsypujemy się. My tego nie zauważamy, bo przecież nie było czerwonej lampki, żadnego przełomowego i spektakularnego wydarzenia, nawet dzień, w którym się to wydarza, okazuje się podobny rutyną do poprzednich. A tu proszę. Mimo zahartowania w temacie i wielu małych zwycięstw zdarza mi się pomyśleć „znowu TO”, „dlaczego ja?”, „tylko nie dziś”.

WYCOFANIE
Bardzo często okazuje się, że powoli oddalamy się od rodziny i przyjaciół, ograniczamy kontakty towarzyskie, bo przecież nie chcemy się narażać na żadne trudne pytania, czy niezręczne sytuacje. Po co po raz setny tłumaczyć się, skąd to wynika i jak właściwe postępować; że przecież nie jest niegrzeczny i arogancki; że nasze metody są właściwe; co doradziła Pani psycholog; kiedy to się skończy, itp., itd. A potem wpatrywać się we współczujące, choć nie do końca rozumiejące sytuację miny bliskich. Czasem żal mi nas, bo czuję wyczerpanie, czasem żal mi ich, bo chcą pojąć, choć nie doświadczyli TAKICH ataków złości.

Właściwie ewolucyjnie w skrajnych sytuacjach człowiek ma tylko dwa wyjścia: atakować lub uciekać. U mnie ostatnio przeważa wycofanie, które poczytuję za bardzo niepokojący sygnał. Zamykam się w sobie, tłumię emocje, by nie z tego, ni z owego rozpłakać się podczas lekcji angielskiego czy w zwykłej rozmowie. Każda nawet najmniejsza rzecz może odpalić bombę emocji, którą systematycznie w środku konstruowałam przez ostatni czas. Ale postawa agresywna również nie jest mi obca. Kiedy niecierpliwiłam się tłumaczeniem stanu syna, kiedy uznałam za niewłaściwe postępowania osób postronnych wobec mojego dziecka lub mam do czynienia z drugim, czy trzecim napadem agresji z rzędu danego dnia, bywałam stroną atakującą. Kąsałam ironicznymi uwagami, których nikt, a zwłaszcza mój syn nie znosi, krzyczałam i nawet zdarzało mi się uderzyć, kopnąć w jakiś przedmiot. Ale w sumie uważam, że były to oznaki aktywności, chęci zawalczenia, inicjatywy. Jednak ostatecznie ustąpiły miejsca obezwładniającej bezsilności. Objawy? Apatia, trudność w znajdowaniu pozytywów, skupianie się na niepowodzeniach, wrażenie permanentnego zagrożenia, niepokój. To chyba nie depresja, bo jeszcze jestem w stanie powiedzieć sobie, że nieuchronnie zbliżam się do granicy, której przekroczenie grozi rodzinną katastrofą.
ZMĘCZENIE
Innym powodem popadnięcia w stan bezradności jest permanentne zmęczenie fizyczne, będące pokłosiem wzmożonego napięcia, wyczekiwania, a potem wyczerpania psychicznego. Wrzesień nas nie oszczędził, tak, jak wielu rodziców, którzy pierwszy raz posłali swoje wyjątkowe dziecko do szkoły, a przy okazji nasze młodsze zadebiutowało w przedszkolu. Supermoce w ADHD są z pewnością darem, ale dla mnie niezwykle stresująca było przekonywanie o tym fakcie całego otoczenia szkolnego. Wychowawczyni, psycholog, pedagog, pani ze świetlicy — z każdym należało porozmawiać, wyjaśnić, poprosić o traktowanie zgodnie z zaleceniami. I myślę, że to się udało, bo po drugiej stronie spotkałam rozsądnych, życzliwych i otwartych ludzi. Choć najgorsze było wyczekiwanie na informację zwrotną, czy TO już, czy coś się wydarzyło. Na szczęście, poza paroma brakami w ćwiczeniach i nieporozumieniem w świetlicy nic poważniejszego z udziałem syna nie miało miejsca. Ale zmęczenie to nie tylko permanentny stres okołoszkolny. To także konieczność poświęcenia większej uwagi córce, która bywa świadkiem ataków syna, a przed sobą ma adaptację w przedszkolu. Ona jest tak samo ważna, a ja miałam świadomość, że więcej wysiłków kierujemy w stronę syna. Należało z jednej strony próbować gasić pożary związane z emocjami szkolnymi, a z drugiej emanować spokojem, by niepokój nie udzielił się małej księżniczce. Dodatkowo doszła psychoterapia, farmakoterapia ze wszystkimi skutkami ubocznymi. Miałam w pewnym momencie wrażenie, że mój cały dzień wypełniony jest tematyką szkolno-przedszkolną, a potem terapeutyczną w domu i poza nim.
WYJAZDEM W ZMĘCZENIE
Dlatego postanowiliśmy z mężem przytomnie powiedzieć STOP i udać się na krótki wyjazd z rodziną. Taki reset, który pomoże nam zintegrować się w miłych okolicznościach przyrody. Nie gotujemy, nie sprzątamy, nie pierzemy, nawet nie pracujemy. Oczywiście terapia domowa trwa nieprzerwanie, ale w jakże milszym i mniej skomplikowanym otoczeniu. Liczymy, że basem i masaże uwolnią nieco nasze ciała od stresów, a dzieciom pozwolą wytracić energię i zostawić emocje w wodzie. Stwierdziliśmy, że krótkie spacery niedaleko domu, czy jednodniowe wyjazdy nie przynoszą upragnionego oderwania myśli, czy odpoczynku. Radykalna zmiana otoczenia była nam zdecydowanie potrzebna. Pal licho katary, pal licho niewyprasowane koszulki, czy późne wstawanie. Nawet bałagan w pokoju przestał mi przeszkadzać;) Po cichu liczymy też na przyzwoitą godzinę pobudki, ale to raczej pozostaje w sferze marzeń.

Myślę, że mimo wszystko ze zmęczeniem się rozprawię, poczyniliśmy też pierwsze kroki ku większej otwartości, ale już wiem, że nad bezsilnością będziemy musieli bardziej popracować.
