
Specjalnie użyłam w tytule wpisu słowa „złagodzenie”, ponieważ niemalże każdy rodzic dziecka z ADHD wie, że natychmiastowe i zupełnie wyciszenie dziecka w momencie największego szału jest praktycznie niemożliwe. Mimo że napady złości są dla nas normą, każdy obchodzi nas równie mocno i zostawia jakiś ślad; czasem też mierzymy się z poczuciem porażki.
Zatrzymaj się i zacznij od siebie
To chyba jeden z najtrudniejszych artykułów, jakie przyszło mi pisać. W ostatnim czasie zrobiło się tak gęsto w tygodniu od ataków, że straciliśmy trochę wiarę w to, że to, co robimy, ma jakikolwiek sens i przynosi rezultat. Wydawało się nam, że mamy plan, schemat, że w miarę panujemy nad tą niełatwą rzeczywistością. Wrzesień zrewidował nasze poglądy i kazał z większą pokorą podejść do tematu. Znamienne w tym zakresie były słowa pani pedagog ze szkoły syna, z którą spotkałam się, by podzielić się moimi doświadczeniami z ADHD i omówić plan wspólnych działań psychologiczno-pedagogicznych. Wciąż dźwięczy mi głowie zdanie, że nasze napięcie okołoszkolne udziela się dzieciom. Więc od razu wydedukowałam, że jeśli on tak chłonie emocje otoczenia, to również my jako rodzice po trosze przyczyniamy się do tej zwyżki. Zrobiłam sobie taki rachunek sumienia i wyszło mi, że faktycznie codziennie w napięciu czekałam na jakiś niepokojący sygnał ze szkoły i już cała w nerwach odbierałam syna ze świetlicy.

Poza jednym drobnym incydentem, póki co nic poważniejszego się nie wydarzyło. I teraz myślę, że warto najpierw zacząć od uspokojenia własnych emocji, odpuszczenia zamartwiania się na zapas, a może wtedy wszyscy wokół przejmą to podejście, łącznie z dzieckiem.
Anatomia szału w ADHD
A jak wyglądają napady złości? Pewnie doświadczeń można by mnożyć, bo kumulacja nastąpić może praktycznie w każdym momencie dnia i w dowolnych okolicznościach. Poza tym każde dziecko ma swoje „sposoby”, ale również inne przypadłości, które determinują sposób reakcji. Jednakże u nas od kiedy rozpoczął się rok szkolny, schemat jest bardziej przewidywalny. Maksymalne spięcie na czas godzin lekcyjnych, by zaraz po nich (najczęściej na świetlicy) lub już w domu wyładować w dowolny sposób wszystko TO, co zdążyło się nawarstwić w głowie młodego człowieka do południa.

Najczęściej zaczyna się od zaczepek słownych w postaci brzydkich słów, stanowczego i krótkiego NIE na dowolną prośbę, potem szukania kontaktu fizycznego. Bywa, że syn złości się na coś, co mu nie wyszło (np. rysunek), najpierw pod nosem, potem na cały głoś, by na końcu przyjść do nas i obwieścić to dobitnie, krzycząc. Wiemy, że żadne prośby typu „uspokój się”, „mów ciszej”, „powoli”, „po kolei”, nic nie dają. Dla niego, gdy pragnie wyładować emocje, każda próba zastopowania to jak walka z nim samym, a nie z problemem. Słowa wypowiadane przez nas w momencie największego gniewu syna są dla niego trochę jak biały szum, z którego nie wydobywa sensu, słyszy jedynie drażniące dźwięki.
Od zaczepek do przepychanek
Mąż pewnego dnia wpadł na pomysł, by podczas napadu złości próbować skupić uwagę syna na jakiejś czynności fizycznej. Zaproponował mu, by poprzepychać się z nim. Wyglądało to trochę jak zapasy, trochę jak sumo, ale syn jakoś magicznie przestawił się z trybu ZROBIĆ KRZYWDĘ, na tryb WYGRAĆ WALKĘ. Worek bokserski, który czasami działał, ale nie w momencie największej złości, też znajdował swoje zastosowanie. Zdjęty z haka, w dłoniach męża stał się mobilnym przyrządem do ćwiczeń. Czasem w ruch idą również poduszki albo ogromne misie, które dzieci dostały kiedyś w prezencie. I jeśli trafimy we właściwy moment, a nie jest to łatwe, to czasem udaje się nam zastąpić agresję czystą sportową złością. Ale obserwowałam, że mąż unika ciosów na ciało, raczej stara się, by siła lądowała w przedmiocie. To trochę ryzykowne, bo dziecku może się nie spodobać lub może chcieć użyć tych akcesoriów w niewłaściwym celu. Ale zawsze warte spróbowania, szczególnie przez mocnych fizycznie panów. Ja jeszcze nie odważyłam się. Swego czasu królowała u nas zabawa w naleśnika z koca lub przeciskanie przez tunel sensoryczny, ale im jest starszy, te zabawy przestały działać w momencie wzburzenia.
Krótkie komunikaty
Złość niesie za sobą również mnóstwo agresji słownej. Deklaracje wypowiadane w szale i tj. „nienawidzę was”, „jesteś głupia”, ale i pojedyncze wyrazy uważane za nieładne jak „sranie”, czy „dupa” to pewna norma w tym stanie. Po prostu syn używa takiego oręża, które najmocniej definiowałoby stan wzburzenia, w którym się znajduje. A, że wie, które słowa uważamy za nieładne, a zdania za raniące, stosuje je automatycznie. Repertuar werbalny zmienia się, niestety „wzbogaca” wraz z ilością nowo poznanych przekleństw.

Czasem do słów dołącza się uporczywe plucie, gryzienie, lizanie, a nawet smarkanie. Dziś wiemy, że podczas ataku należy stosować ton rozjechanej żaby, zwanej też ślimakiem, czy dżdżownicą. Nazwę można sobie dobrać dowolną, ale w całym tym sposobie chodzi głównie o to, by mówić powoli, łagodnie i krótko. Każda większa emocja zostanie od razu podchwycona przez nabuzowanego jegomościa. U nas w większości przypadków wymiana zdań sprawdza się raczej PRZED i PO, a rzadko W TRAKCIE. W oku cyklonu to raczej krótkie polecenia typu „idź do pokoju”, „podnieś książkę”. Unikamy też pytań retorycznych, a już na pewno ironii. Przeczytałam w którymś z podręczników dotyczącym ADHD, że zawsze należy mówić instrukcjami, a nigdy zdaniami przeczącymi zaczynającymi się od słowa „nie”. Np. komunikat „nie bij siostry” lepiej zastąpić zdaniem „zostaw siostrę”. Choć ze skutecznością bywa różnie, to przynajmniej mamy pewność, że dostał informację, co ma zrobić. Sprawdza się także cisza. Mówienie niejednokrotnie nie ma sensu, bo syn jest już tak zamroczony, że nas w ogóle nie słucha. Szczególnie gdy krzyczy wniebogłosy, przekrzykiwanie się nie przynosi oczekiwanego rezultatu. Lepiej czasem odejść, zejść z linii strzału i tylko kontrolować, by nie zrobił krzywdy sobie lub komuś w pobliżu.
Przytrzymanie
To dość kontrowersyjna metoda, szczególnie dla obserwatorów. Kiedy nasz synek rzuca się na prawo i lewo, zaczyna krzywdzić siebie lub innych, decydujemy się na ostateczną broń, czyli przytrzymanie. Wygląda to różnie, bo odbywa się na kanapie, łóżku, a nawet na podłodze. Mąż stara się tak objąć syna, by nie mógł kopać ani bić, ale też, by ograniczyć mu możliwość oplucia kogokolwiek. Zazwyczaj syn krzyczy „nie zabijaj mnie”. I do dziś nie wiemy, skąd mu się to wzięło, bo przecież nikt go nie bije. Kiedy do metod wchodzi przytrzymanie, to już znak, że mamy do czynienia z najwyższą falą emocji, która niebawem opadnie i przejdzie w rozpaczliwe łkanie.

Wygląda to strasznie, brzmi równie okropnie. Za każdym razem gdy jesteśmy zmuszeni do zastosowania takiego przymusu bezpośredniego, mamy ogromne wyrzuty sumienia. Jakbyśmy robili coś wbrew jego woli, a przecież inaczej wychowujemy nasze dzieci.
Farmakologia
Nam pani psychiatra poleciła syrop Atarax, choć podaliśmy mu zaledwie kilka razy. Mogę z całą stanowczością powiedzieć, że nie otumania, raczej unicestwia próby potencjalnych wybryków, ale na krótko. Ale nie zauważyłam, by ten środek sprawiał, że nasze dziecko magicznie staje się aniołkiem. Nie traktowałabym go jako antidotum na napady agresji. Kiedyś nazwaliśmy go sokiem z gumijagód, ale nie ma nic wspólnego z jakimś spektakularnym efektem. Chyba czasem lepiej działa odpowiednie wyłapanie momentu tuż przed atakiem i mówienie spokojnym głosem do dziecka. Na razie było parę prób, więc nie mogę wypowiedzieć się z perspektywy osoby stosującej go długotrwale i regularnie.
Zazwyczaj nie udaje się zapobiec napadom złości u syna. Jeśli w tygodniu nastąpi kilka dni bez nich, to oczywiście ogromnie się cieszymy, ale z drugiej strony zbieramy siły na ten spektakularny, kumulujący się w małej osóbce od tygodnia. Powodzenia życzę, Wam i sobie!
