
Wielkimi krokami zbliża się początek roku szkolnego. To dla większości rodziców czas wzmożonych przygotowań swoich pociech do szkolnej przygody, a dla samych dzieci stresujący moment, świadczący o nieuchronnym końcu wakacyjnej laby. Dla nas, rodziców malca z ADHD to jednak głównie wyzwanie psychologiczne, kolejny przełomowy moment, do którego trudno znaleźć instruktaż przygotowań, który byłby szyty na miarę, naszą miarę. Dlatego też dziś podzielę się moimi obawami, wątpliwościami, ale również tym, jak podeszliśmy do tematu wyboru szkoły podstawowej dla syna. Jakie kryteria wzięliśmy pod uwagę? Jak komunikujemy zmianę naszemu dziecku i wreszcie jak wygląda nasze nastawienie? O tym wszystkim przeczytasz poniżej.
Pod przedszkolnym parasolem
Zerówka ostatecznie kończy przygodę naszego dziecka z czasem beztroski. Choć w przedszkolu odbywało się mnóstwo zajęć, regularnie wypełniane były słynne (u naszego dziecka) karty pracy, a wszystko w atmosferze szacunku i równocześnie dyscypliny właściwej dla dobrze naoliwionej edukacyjnej maszyny, to jednak to nie to samo. Postrzegaliśmy przedszkole syna, jako zinstytucjonalizowaną nianię, opiekującą się grupką dzieci i starającą się wprowadzić i egzekwować zasady, pozwalające przyzwyczaić się do funkcjonowania w określonych ramach. To dla nas taka wprawka, dlatego też nie mieliśmy wielkich oczekiwań edukacyjnych względem przedszkola. I myślę, że było to słuszne podejście. Już samo dostosowanie się dziecka do większości nieznanych mu reguł, konieczność odnalezienia się w grupie i radzenia sobie z sytuacjami i emocjami, których nie miałby okazji doświadczyć w domu, to wystarczająco duże wyzwanie. To bezcenna życiowa lekcja. Niewątpliwie jednak traktujemy ten etap jako naturalne i bardziej ustrukturyzowane przedłużenie czasu niemowlęctwa. Brzmi strasznie, wygląda całkiem dobrze:) Reasumując: nie miałabym pretensji do pań przedszkolanek, gdyby mój syn opuścił przedszkole bez umiejętności czytania, pisania, czy biegłej znajomości języka obcego. Choć pierwsze i drugie ma zaliczone. Raczej doceniam to, że przez czas pracy nas, rodziców był po troskliwą opieką, z czasami stanowczym akcentem, częściej z wyrozumiałością adekwatną do jego przypadłości. Najlepszym świadectwem tego, że sympatia była obustronna, jest fakt, że wychowawczyni z niekłamanym wzruszeniem przyjęła wyrazy sympatii syna po oficjalnym zakończeniu roku i pożegnaniu „zerówkowiczów”, a syn przez ostatni czas chętniej przytula się do Pani i zapewnia, że nie chce opuszczać tego miejsca. Ciepło, zrozumienie, opieka i wsparcie — tego potrzebował nasz syn i to otrzymał, więc trudno dziwić się poczuciu straty;)

Przed trudnym wyborem
Kiedy oficjalnie nastał czas elektronicznej rekrutacji do szkoły podstawowej, na tapecie było wiele opcji, które musieliśmy skrócić do trzech pozycji. Po pierwsze musieliśmy DOPASOWAĆ MIEJSCE DO NAS, A NIE ODWROTNIE. Wyszliśmy z założenia, że specjalne potrzeby wymagają specjalnego podejścia, choć dziś myślę, że nie były to ponadprzeciętne działania, a raczej zwykła przezorność. Najpierw pod lupę wrzuciliśmy szkołę obwodową. Ze względu na miejsce zamieszkania każdy przyszły uczeń ma zapewnione przez miasto miejsce w najbliższej placówce edukacyjnej. My jednak od razu tę opcję skreśliliśmy. Powodem naszej decyzji była jej WIELKOŚĆ, ponieważ niegdyś uchodziła za największą tego typu w Polsce. Uznaliśmy więc, że dla dziecka, które ma spore problemy z organizacją i skupieniem się oraz często się rozprasza, ta ilość bodźców nie będzie zbyt dobra. Poza tym zniechęciła nas potencjalna anonimowość pojedynczego ucznia wobec całego morza siedmiolatków. A nam zależy na byciu obecnym w świadomości nauczyciela. Chcielibyśmy być blisko procesu, BLISKO WYCHOWAWCZYNI, by wspólnie móc wypracować model komunikacji, monitorować sytuację, w razie potrzeby zainterweniować i pozwolić jednocześnie dziecku bezpiecznie rozwinąć skrzydła. Choć przy standardowym pierwszoklasiście mogłoby to zostać uznane za nadgorliwość rodzicielską, bądź postawę „helikopterową”, czy nawet „kosiarkową”, to u nas jest to konieczne. Lepiej przecież mieć na oku ADHD, korygować na bieżąco, niż gasić pożary, które niepostrzeżenie i bezpowrotnie mogą strawić całkiem spore poletko współpracy. Wiem, że teraz odezwą się głosy, że to przecież zależy od ludzi, czyli od samych rodziców i nauczyciela. I to wszystko prawda. Jednak, gdy się nie zna osobiście przyszłego wychowawcy, jedyne, na co mamy wpływ to eliminacja czynników potencjalnie ryzykownych. A takim była dla nas ŚREDNIA LICZBA UCZNIÓW W DANEJ KLASIE, LICZBA KLAS Z DANEGO ROCZNIKA, a finalnie wielkość szkoły. Dlatego też postawiliśmy na dużo mniejszą placówkę, również w DOGODNEJ DLA NAS LOKALIZACJI i z MOŻLIWOŚCIĄ ZASIĘGNIĘCIA OPINII INNYCH RODZICÓW, którzy posłali już tam swoje pociechy. A były to opinie pozytywne. Dodam tylko, że w tej większej szkole spotkaliśmy się z chłodnym osądem zaznajomionych rodziców, co również miało wpływ na odrzucenie przez nas tej opcji. Oczywiście nie znamy przyszłej pani wychowawczyni i nie wiemy jeszcze, jaki będzie skład osobowy klasy syna, ale jesteśmy dobrej myśli. Otrzymaliśmy informację, że planowane są 3 klasy pierwsze. Oferta edukacyjna wydaje się przyzwoita, także informacje na stronie szkoły są wyczerpujące i na bieżąco aktualizowane. A dla nas to bardzo ważne, by być w temacie. Jesteśmy już także po pierwszej wizycie w jej murach, co nieco ostudziło emocje, ale sprawiło także, że pytań i wątpliwości dziecka pojawiło się jeszcze więcej. Budynek jest wiekowy, jak ze starych filmów; wnętrze nieodparcie przypomina mi moją szkołę podstawową, ale też nie przytłacza wielkością. Nowe, nieznane, czyli jakie? I tu przyszła pora na obawy dziecka, a rolą nas, rodziców, jest tonować te nastroje, racjonalizować i towarzyszyć mu podczas tej wyprawy.

Ćwiczenie rutyny w praktyce
No dobrze, ale co z tą komunikacją? Może nie robimy już takiej zmasowanej akcji informacyjnej, jaka miała miejsce z nauką korzystania z nocnika, czy przed pójściem do przedszkola, ale staramy się podczas rozmów z dzieckiem stale nawiązywać do zachowań, które mogłyby być pożądane w szkole. W szczególności zwracamy uwagę na UMIEJĘTNOŚĆ OPANOWYWANIA ZŁOŚCI I KOMUNIKOWANIA WŁASNYCH POTRZEB, CZY NIEZADOWOLENIA. Okazuje się, że to mogą być kluczowe zachowania, które ułatwią nam porozumienie w naszym trójkącie współpracy rodzic-wychowawca-dziecko. Na tym polu mamy ostatnio sporo sukcesów. Ostatni weekend pokazał nam, że po spektakularnym wybuchu złości, syn potrafi się samouspokoić. Ale żeby nie przypisywać mocy sprawczej jakimś magicznym siłom, przyznam się, że to kwestia celebrowania pożądanego zachowania, może nawet przesadnego. Zachwycanie się skontrolowaniem własnych emocji przez syna to dla nas sukces i bardzo wyraźnie akcentujemy nasze zadowolenie. Ale takie WZMOCNIENIE POZYTYWNE to nie pochwała błahostki, a sygnał, że po pierwsze jest to możliwe bez karczemnej awantury, po drugie nasze dziecko zrobiło olbrzymi postęp w tej materii. Zasada zdmuchiwania pięciu świeczek, to technika kontrolowania oddechu i wyciszania się, która niedawno dzięki tacie nieoczekiwanie zaskoczyła u syna. Z ostatnią zdmuchniętą świeczką ulatuje złość i zostaje poczucie wygranej dziecka i przy okazji rodzica.

Jeśli chodzi o rozpoczęcie nowego etapu, nie przekonujemy też syna, że wszystko będzie jak w bajce. Jesteśmy dalecy od idealizowania rzeczywistości, raczej informujemy, że bywają ludzie o złych zamiarach i częściej niż ma to miejsce w domu, będą się pojawiać odmowy, do których innych ludzie mają prawo i on również. To wydaje się być najtrudniejszy aspekt funkcjonowania w nowym miejscu, obok konieczności dostosowania się do nowych zasad, czy poznania wszystkich nowych kolegów i koleżanek. Otóż właśnie te ODMOWY bywały zarzewiem konfliktów u nas w domu. Wystarczyła drobnostka, krótkie ‘nie”, by rozpętała się prawdziwa burza z piorunami. Dlatego też trenujemy ostatnio częściej asertywność, by nie był zawiedziony postawą innych, by nie doprowadzało to do niepotrzebnych konfliktów w grupie. Oczywiście my dodajemy od siebie zawsze obszerny komentarz tłumaczący motywy naszej decyzji, bo bez tego ani rusz.
Staramy się także, ale właściwie niezmiennie od lat, wyrobić w synu NAWYKI SPRZĄTANIA PO ZABAWIE, CZY PRZYGOTOWYWANIA SIĘ, np. do wycieczki. Choć wydaje się to takie oczywiste, bo przecież komunikaty powtarzane po stokroć utrwalają w dziecku nawyk, to u nas tak to nie działa. Wśród objawów ADHD jest nieumiejętność zarządzania własnym czasem, czy obowiązkami, dlatego to bujanie w obłokach, marzycielstwo, zwane przez niektórych gapiostwem jest na stałe wpisane w spektrum. Teraz, po wielu próbach, kiedy udaje się na popołudniowe trening karate, tylko delikatnie pytam: „Czy pamiętałeś o wszystkim?”. I syn już wtedy wie, że ma sprawdzić plecak i upewnić się, że są w nim strój, woda i potreningowa przekąska. Być może te ćwiczenia przydadzą się podczas pakowania tornistra do szkoły, czy przygotowywania ubrań na następny dzień? Czas pokaże. Z tym sprzątaniem po zabawie bywa gorzej, bo czyste biurko to synonim nudy, a tak poważnie, to duża ilość rzeczy nagromadzona na blacie sprawia, że możliwości zaplanowania po kolei działań u dziecka z nadpobudliwością psychoruchową są zwyczajnie ograniczone. W takim przypadku zawsze pomagamy zrobić synowi pierwszy krok i proponujemy jakąś taktykę, np. najpierw książeczki na miejsce, a komandosi na wskazaną półkę. W innym wypadku skończyłoby się to szurnięciem z biurka wszystkiego jednym ruchem do pobliskiego plastikowego pojemnika i niezadowoleniem z zepsucia jakiejś misternej przemyślanej przecież konstrukcji;)

Niebawem szkoła, a więc nowa przygoda, która w połączeniu z ADHD nosi znamiona ekstremalnej rozrywki dla rodziców 😉 Zatem, do następnego artykułu, bo materiałów do przemyśleń z pewnością nie zabraknie.
