
Moje wspaniałe dziecko nieustannie mnie zaskakuje. Dzień moich urodzin był tego najlepszym przykładem. Jeśli podejmuje się jakiejś aktywności, ma pomysł, to podąża za tym wytrwale. A jeśli po drodze pojawią się jakieś słowa uznania, pochwały, to już nie ma odwrotu;) Dziś troszkę o świętowaniu i radości, która u niego zawsze jest wielka i szczera, a którą to można naładować rodzicielskie akumulatory szczęścia, na co najmniej tydzień.
Urodziny dla rodziny
Moje urodziny mogłyby być cały rok. Tak mogę stwierdzić po wyjątkowym dniu pełnym zaskakujących momentów. Po wielu godzinach pracy przed komputerem nagle usłyszałam dźwięk otwieranych drzwi, a mym oczom ukazał się podekscytowany synek z naręczem kwiatów. Wtedy już wiedziałam, że nie będzie to zwyczajny czwartek. Uśmiech od ucha do ucha, charakterystyczne urocze dołeczki w policzkach i przeogromna satysfakcja z wręczania mamie jej ulubionych goździków — warto było czekać na ten moment cały rok. Wszechogarniający róż kwiatów to był jednak tylko przedsmak najcudowniejszego prezentu pod sierpniowym słońcem — LAURKI DLA MAMY. Okazało się, że mój wspaniałomyślny syn, jak tylko został odprowadzony przez tatę do przedszkola, poprosił swoją Panią wychowawczynię, by pomogła mu przygotować kartkę urodzinową dla mamy. I choć wiem i widzę, że pierwsze skrzypce zagrały tu zdolności plastyczne Pani, to doceniam ten gest, chęć i przede wszystkim PLANOWANIE mojego dziecka. Bo, jak już pewnie zdążyliście się zorientować w ADHD jednym z objawów jest nieumiejętność zarządzania zadaniami w czasie. Śmieję się trochę, że wykonywanie wszelkich zadań przez syna to jak wioślarski wyścig w dwójce bez sternika — zawsze we dwójkę, z tą różnicą, że osoba dorosła nadaje tempa i kierunku. Zresztą taka konieczność nawigowania jest u nas pewną stałą i niezależnie od naszych poglądów na rodzicielstwo, musieliśmy się stać trochę helikopterowymi opiekunami, którzy unikają bycia rodzicami-kosiarkami. Stały monitoring działań, lecz bez ułatwiania. Czasem chciałoby się tak odpuścić, tak pozwolić, by synek się poobijał, a potem wstał i wyciągnął wniosek, nauczył się. Ale u nas, w ADHD to tak nie działa. Nie nastąpi cudowne samoogarnięcie. Musi być kierunek, omówienie, przypominanie i stałe wzmocnienie pozytywne. A to już nasze rodzicielskie zadanie. Nawet jeśli w domu otrzymamy od naszego dziecka jasny komunikat, że właśnie teraz będzie się odbywać wielkie dzieło sporządzania mapy dla jego komandosów, to zazwyczaj na pomyśle się kończy, bo pierwsze niepowodzenia, zbyt wieeelka biała kartka i niesprawność manualna, skutecznie odwodzą go od doprowadzenia zadania do końca. W przypadku prac plastycznych w ogóle mamy zagwozdkę, gdyż widzę, że z motoryką małą, zwłaszcza z precyzją jest u niego spory problem. Ktoś mógłby powiedzieć, że przecież nie każdy musi mieć zdolności plastyczne, ale przecież nie o talent tu chodzi, a o pewne ograniczenia.

Zatem heroicznie pokonawszy trudności związane z zaplanowaniem zadania, w tym zaangażowaniem osób postronnych, mym oczom ukazało się dzieło laurkowe, które swą siłą osobistego przekazu nawet przebiło blask wszechobecnego brokatu;)
Pomysłowy Antonius
„Popatrz Mamo, jaką atrakcję Ci zorganizowałem”. Tak z dumą oznajmił mój syn, kiedy zaprowadził naszą całą rodzinkę do pobliskiego parku, w miejsce, w którym dotąd nie byliśmy. Faktycznie, standardowy spacer w zielone zawsze wyglądał tak samo; identyczna trasa z przerwą na siłownię zewnętrzną, postój przy mrowiskach, innych robaczkach, biegi, podskoki i rozmowy o ważkich sprawcach małych ludzi. Ale tym razem za namową syna zboczyliśmy ze zwyczajowej ścieżki, przecięliśmy rzekę, parę zarośli i naszym oczom ukazała się dziewicza wręcz polana, miejsce ustronne otoczone drzewami, z licznymi pagórkami i kamieniami. Przypuszczam, że to nie naturalne ukształtowanie terenu, zapewne niegdyś był to nieużytek, może nawet śmietnisko, które z czasem porosło trawą. Ale było naprawdę pięknie. Błoga cisza w akompaniamencie stworzeń ukrytych w trawie i szumu rzeki otulała nas przez dłuższą chwilę podczas urodzinowej sesji zdjęciowej na powalonym pniu starego drzewa. Taka prosta przyjemność, a pozwoliła nam dorosłym, zatrzymać się na chwilę i zwyczajnie pokontemplować przyrodę. Dodam tylko, że zwiększyło to naszą tolerancję na dające się zaraz słyszeć okrzyki dzieci zdobywających heroicznie pagórek, czy przeskakujących z kamienia na kamień.

Radość z bycia razem w nowym urzekającym miejscu sprawiła, że nawet oparzenie przez pokrzywy, czy otarcie kostki stało się dla syna błahostką. Ale skąd taka KREATYWNOŚĆ syna w wymyślaniu urodzinowej atrakcji? Okazało się, że dzień wcześniej synek poszedł na spacer z zaprzyjaźnioną rodziną i właśnie tam się udali. Widocznie towarzyszyły mu podczas wypadu pozytywne odczucia, skoro postanowił je powtórzyć. Ale byłam autentycznie urzeczona, że zdobył się na swój autorski pomysł, że pragnął bliskiej osobie sprawić przyjemność w nieoczywisty sposób, że w ogóle wpadł na to i zaplanował i to bez wsparcia taty. By wzmocnić jego proaktywne działanie, wielokrotnie podczas drogi powrotnej do domu oraz przed snem i jeszcze na drugi dzień rano, dziękowałam mu i wyrażałam moje uznanie dla jego inicjatywy. Widziałam jak mu z tym dobrze i jestem pewna, że to napędzi jego nieszablonowe myślenie. Kocham tego mojego małego kreatywnego przystojniaka.
Tyle o radości i świętowaniu, które nie potrzebuje fajerwerków. Wystarczy serce i trochę zielonego.
Wspierajmy nasze dzieci!
