
Pewnie nie klei Ci się określenie GENIUSZ z Twoim rozzłoszczonym, opornym na wychowanie malcem. I prawdopodobnie nieustannie drżysz o jego przyszłość. Jako rodzic dziecka z ADHD mogę tylko napisać: ROZUMIEM CIĘ, ale też zmartwię, że tak już zostanie. Ja nauczyłam się, że nasze postrzeganie tej sytuacji to kwestia odpowiedniego nastawienia, które nastąpiło zaraz po etapie załamania i obwiniania się. Mówimy o nim AKCEPTACJA, która równocześnie nie wyklucza ciągłej pracy nad sobą i z dzieckiem. Mój mąż powtarza, że “ADHD to nie tylko krzyk, ryk i wieczna zwiecha, ale też energia, inteligencja, i pasja”. I właśnie tej trójce poświęcam swój wpis. Nasza Pani doktor Maja Krefft zaraziła nas swoim pozytywnym podejściem do tematu i przekonała, że ADHD to nie choroba; że nawet odchodzi się od określenia zaburzenie. W zamian proponuje „alternatywną formę rozwoju układu nerwowego” i supermoce, które na tyle nam się spodobały, że na nie właśnie rzucę światło, nomen omen edisonowskie 😉
Zespół Edisona
To wbrew pozorom nie nazwa żadnej “oświeconej” kapeli rockowej, ale określenie stosowane w środowisku psychoterapeutów w stosunku do niektórych dzieci z ADHD. Bezgraniczne oddanie się pasji, która często nijak nie pokrywa się z zaangażowaniem w naukę w szkole, kreatywność i inteligencja graniczące z geniuszem, przypisywane są właśnie osobom z nadpobudliwością. One, jak nikt inny potrafią zaangażować się w dziedzinę, która je interesuje i drążyć w nieskończoność. Jeśli widzisz swoje dziecko ślęczące godzinami nad ulubioną książką, grą, czy bez końca ćwiczące ciosy karate, to znaczy, że znalazło swoją pasję, którą tylko należy wspierać. Wzmocnienie pozytywne jest tutaj bardzo ważne, bo ma bezpośredni wpływ na dalszą motywację do działania (co lubi szwankować u dzieci z ADHD), a także na poczucie własnej wartości. Ja mam wrażenie, że jeśli syn naprawdę się do czegoś „zapali”, to nie potrafi powiedzieć dość, robi wszystko bardziej, mocniej, więcej. Może to właśnie jest to, czego brakuje chłodnemu, racjonalnemu podejściu, by sięgać po epokowe odkrycia, czy wygrywać mistrzowskie partie ;). Oprócz niewątpliwego zaangażowania na 100% w swoje hobby, które jeszcze daje jakieś sukcesy, a chwalone i wzmacniane uskrzydla, charakterystyczne jest ROZMARZENIE. Brutalnie nazywa się to po prostu brakiem uwagi, ale ja wolę myśleć o swoim synu jako o Dyziu Marzycielu. Od przydomku bohatera wiersza Juliana Tuwima nazwane zostały również osoby z deficytem uwagi właśnie. Odlatują myślami, trudno z nimi złapać kontakt, trzeba wiele razy powtarzać jedno i to samo polecenie. Bo one akurat w tym momencie przemyśliwują sytuację sprzed kilku dni, tygodnia, itp. Kiedy nasz syn przyszedł na świat, położna odbierająca poród użyła określenia „myśliciel”, bo podpierał rączką brodę i wyglądał wówczas jak grecki filozof. Wtedy prawdopodobnie uratowało to dzidziusia od owinięcia niesforną pępowiną, ale dziś wyobrażam sobie, że to był taki znak. On lubi poszybować myślami w nieznane, ale czy to złe? Może akurat obmyśla strategię pokonania przeciwnika w grze „Byli sobie podróżnicy”? 😉
My w ramach rodzinnej burzy mózgów wyodrębniliśmy 3 kategorie supermocy, które naszym zdaniem są najsilniejsze i staramy się je wspierać. Są pierwsze sukcesy, są też sromotne klęski, ale nasze dziecko się zmienia, nasze podejście również ewoluuje, więc pretensje, póki co odkładamy do szuflady.

#ENERGIA
Antoś od początku był dzieckiem bardzo żywym. Dźwigał się bardzo szybko, dążył do tego, by postawić swoje pierwsze kroczki, a gdy już to osiągnął, przeszedł, a właściwie przebiegł płynnie do gonitw, wspinaczek i skakania po sprężystych powierzchniach. Absolutnie nie do zdarcia, babcia mówi o nim “genialny piechur”, na zajęciach z piłki nożnej instruktor nadał mu trafny przydomek „torpeda”, a Pani z przedszkola napisała w opinii, że „bardzo łatwo go pobudzić, znacznie trudniej wyhamować”. Święte słowa.
Ale taka niespożyta energia nie zawsze ma swoje pozytywne strony. Nie ukrywam, że w nadmiarze bywa męcząca, dopiekła nam szczególnie podczas całkowitego lockodownu, bo nie mogła zostać odpowiednio wytracona. Mieszkanie w bloku, dwójka aktywnych dzieci i dwójka rodziców siedzących z nosem w laptopach- to musiało boleć i… bolało. Energia, by mogła stać się supermocą potrzebuje odpowiedniego kanału, przewodu, który zasili żarówkę. Pamiętam, jak nasz synek wielokrotnie podejmował się jakiegoś zadania, sportu, skomplikowanej budowli z klocków i przy pierwszych niepowodzeniach rzucał to w kąt. I to nie raz. Obserwowaliśmy to z niepokojem. Postanowiliśmy więc tłumaczyć mu delikatnie za każdym razem po takiej akcji, że nie wolno się poddawać, że dobrze mu szło i warto dokończyć zadanie. I po wielu miesiącach powtarzania tego samego, czasem dociera i nawet sam już zaczyna mówić po upadku na rowerze, że nie wolno się poddawać i czasem liczy się tylko dobra zabawa. Ja bym nawet pokusiła się o stwierdzenie, że energia fizyczna może zostać właściwie wykorzystana, jeśli wesprzemy ją tą psychiczną właściwą podbudową. Sama siła fizyczna będzie jak krótki płomień zapałki.

Pamiętam, jak deszczową porą urządzaliśmy biegi na czas w garażu podziemnym i na tablicy zapisywaliśmy rezultaty. Pochwały i drobne słodkości na tyle go zmobilizowały, że potrafił raz po raz pobijać swoje rekordy. Ale nie zawsze. Bywały dni, kiedy kładł się na podłodze i ani myślał biegać, nawet ze mną obok, tym bardziej z siostrą, którą przecież była wolniejsza. To też uzmysłowiło nam, że energia musi znaleźć swój właściwy czas. Nic na siłę. Ale pocieszające jest to, że czasem aktywność sportowa, która wydawała się nam już stracona, w oczach naszego dziecka nagle zaczyna go zajmować, bo miły i cierpliwy wujek Maciek zaraża go pasją koszykówki, czy piłki nożnej. Bo okoliczności grają tu pierwsze skrzypce, szczególnie te, którym towarzyszą pozytywne odczucia 🙂
Kolejną trudnością, którą musimy pokonywać z każdym nowym zadaniem energetycznym, jest słuchanie/czytanie ze zrozumieniem. Każdy sport, każda gra, czy zabawa z innymi ma swoje zasady. Nasz syn, zgodnie z tym, co podaje literatura i pokazuje życie, woli tworzyć swoje własne, jest niechętny wobec spisanych reguł. Podporządkowanie nie leży w jego naturze. Czasem pozwalamy mu na to- w końcu to kreatywność. Ale często też energię łączymy z koniecznością skupienia się na poleceniach trenera, czy instrukcji np. w grze ruchowej. Bardzo delikatnie, w odpowiednim momencie staramy się również sugerować zmianę, poprawę czegoś. Bo nic tak go nie deprymuje jak porażka. Skoordynowanie ciała z głową, planowanie ruchów- to wyzwanie, które wciąż stoją przed nami. Synek jest jak rozpędzony pociąg, ale naszą rolą jest, by dojechał do właściwej stacji i się na niej zatrzymał.
#INTELIGENCJA
Myślę, że każdy rodzic kochający swoje dziecko powie, że ma bardzo mądre dziecko. I pewnie będzie to święta prawda. Kamienie milowe w rozwoju dziecka od narodzin do osiągnięcia wieku szkolnego są bacznie śledzone i analizowane szczególnie przez debiutujących rodziców. Antoni jest naszym pierworodnym, więc również z dumą i wypiekami na twarzy obserwowałam nabywanie przez naszą pociechę kolejnych kluczowych umiejętności. Ciekawość świata połączona była z ruchliwością.
Do dziś z entuzjazmem podchodzi do rozwiązywania wszelkiego rodzaju łamigłówek– Kapitan Nauka, gazetki z zadaniami, a teraz także zagadki słowne. Zawsze świetnie szło mu układanie puzzli, które chętnie wybierał zamiast np. zręcznościówek. Mogę z dumą powiedzieć, że idzie do pierwszej klasy z umiejętnością czytania i liczenia (i to nie do 10). Ale to chyba zasługa doboru globalnej metody czytania. Ten rodzaj podejścia świetnie wykorzystuje zalety dzieci z ADHD, czyli niezwykłą umiejętność kreowania światów, historii. Otóż globalna metoda czytania zakłada, że to dziecko wymyśla i dyktuje historię, którą rodzić spisuje na kartce, odczytuje, wodząc palcem po literach, a następnie czyni to dziecko. I tak powstała historia o ludziku LEGO, którą spisywałam na kartce, a on ją potem „odczytywał”, czyli uczył się na pamięć wyglądu liter i słów. Potem edukację przejęła babcia, która jest nauczycielką i powstała z tego całkiem solidna podbudowa pierwszoklasisty. To taka nauka przez zabawę. Podobnie było z liczeniem, które wprowadziłam spontanicznie podczas codziennych powrotów spacerem z przedszkola. To było trochę jak liczenie kroków- zadawałam pytania, on odpowiadał i tak płynęła nam droga do domu. To chyba będzie już naszym rytuałem, bo jak zapominam, to zaraz przypomina mi, bym coś zadała, szczególnie trudne odejmowanie.

Uczciwość też nakazuje mi, by w tym miejscu przyznać się do niepowodzeń, potknięć, które towarzyszą nam w codziennej nauce, szczególnie czynności znienawidzonych przez dzieci z trudnościami w skupieniu się. Otóż są to wszelkiego rodzaju zasady- czy to pisane, czy mówione. Syn potrafi bezbłędnie wyciągnąć wnioski z zaistniałych sytuacji; podczas rozmów dyscyplinujących wie, co zrobił, lecz nie koryguje swojego postępowania; recytuje wręcz ustalone zasady, lecz bierze tylko te, które są mu wygodne. Pamiętam, jak szachy wielokrotnie leżały rozsypane na podłodze po serii przegranych z tatą. Dorosły wie, że to normalne na etapie nauki, dziecko nie przyjmuje tego do wiadomości- tu przy okazji wchodzi nieumiejętność radzenia sobie z porażką. Ale nam kiedyś nauczycielka z przedszkola powiedziała jasno, że nie wolno dawać dziecku forów w grze, bo w życiu nikt nie będzie tego robił. I tej zasady się trzymamy. Jednakże modyfikujemy ją tylko o nasze doświadczenia. Mianowicie podkreślamy, werbalizujemy, nawet na bardzo wczesnym etapie gry, że dobrze mu idzie i staramy się nie skupiać na efekcie końcowym, a na małych sukcesach po drodze. To nam działa. Pewnie syn nie nauczyłby się grać w gry strategiczne, czy karcianki, gdyby nie konieczność wsłuchania się i zastosowania zasad, czy wspieranie jego mocnych stron podczas rozgrywki. Np. kiedy uczymy go strategii, tzn. w trakcie gry, jak najlepiej zagrać, by mieć jak najlepszy wynik- po kilku partiach on to stosuje, a na dodatek potrafi wzmocnić samodzielnie i osiągać rewelacyjny wynik, czy też wygraną.

Mogę również przytoczyć przykłady zachowań, które są oznaką inteligencji, lecz równocześnie stanowią też mały wybieg dziecka z ADHD. Otóż ta niechęć w podporządkowywaniu się regułom doprowadziła synka do perfekcji w wymyślaniu własnych prawideł, kreowaniu zmodyfikowanych wersji dobrze znanych zabaw. Widzę, jak w grupie dzieci stara się narzucać własną wizję, chce przewodzić, z różnym skutkiem. Wtedy też często biorą górę emocje, bywa ekspansywny, obraża się, rzuca przedmiotami, ale równocześnie potrafi wprowadzić klimat, snuć opowieści, często chaotyczne, niespójne, ale własne i barwne.
Przy okazji tej supermocy chcę wspomnieć o wielkiej wrażliwości, a nawet nadwrażliwości. Chodzi mi konkretnie o INTELIGENCJĘ EMOCJONALNĄ. Synek świetne czyta emocje innych, choć sam ma często problem z zinterpretowaniem własnych. Jego wrażliwość sprawia, że potrafi roztkliwić się nad losem zranionego nietoperza, którego uratowali z tatą podczas przechadzki, czy nad pieskiem dziadków, który chorował i w końcu odszedł- budził się z płaczem w nocy i zapytany, co się stało, odpowiadał „jest mi smutno, bo Oskarka już nie ma”. Inteligencja emocjonalna to także doskonałe wyczuwanie nerwowego napięcia między nami rodzicami, dziadkami i niestety czasem konieczność odreagowania. Mimo że często nie towarzyszą temu kłótnie, czy ostre słowa, on podskórnie to czyta. Z tym wiąże się też jego „przytulaśność” i konieczność codziennego zapewnienia, że się go kocha. Chyba do tej pory w swym życiu nie zadeklarowałam tyle razy „kocham”, jak podczas ostatnich kilku lat bycia mamą 🙂
#PASJA
Kiedy myślę o pasji, pierwsze co przychodzi mi do głowy to postać Michaela Phelpsa, utytułowanego pływaka, u którego zdiagnozowano ADHD. Zawsze kiedy Antosiowi nie chce się iść na zajęcia, mówię mu o takim jednym mistrzu, który ma medale, bo dużo ćwiczył i się nie poddawał. Wśród aktywności fizycznych, które go pasjonują, mogę również wymienić boks, bo któregoś dnia zawisł u nas w domu worek treningowy męża, a dodatkowo dzieci uwielbiają tańczyć do piosenki „Eye of the tiger”. To jakoś wspólnie złożyło się na zawzięte uderzanie w worek, choć w chwilach, kiedy atak furii wyłącza myślenie, nawet worek nie pomaga. W tym miejscu przypomniało mi się, z jakim skupieniem uderzał w urodzinową piniatę w kształcie głowy ludzika LEGO. Zaangażowanie godne podziwu. Nie mogę również nie wspomnieć o tańcu. Uwielbiam tańczyć z dziećmi. Zupełny freestyle, wolność, pozytywne wibracje- to wszystko sprawiło, że synek pokochał tę formę aktywności. Choć ma spore problemy ze skoordynowaniem i zaplanowaniem ruchów, widzę, że jego ciało potrzebuje tego, że cieszy się, gdy do niego dołączać, chwalę go, nagrywam czasem. Czysta radość.
LEGO- to temat rzeka, pasja z dzieciństwa mojego męża, którą skutecznie zaraził synka. Ale nie o wygraną w Lego Masters tu chodzi, czy o superskomplikowane konstrukcje, którymi można się pochwalić przed rodziną. To raczej znakomita forma skupienia uwagi, również zabawa tematyczna, ale przede wszystkim ćwiczenie motoryki małej (która w ADHD szwankuje) i działanie według planu. Syn uwielbia nowe zestawy, bo postępuje według instrukcji, ma ściśle określoną grupę klocków- jest plan, jest i kontrola. Postępując krok po kroku według kartki, nie ma też mowy o porażce. Jestem zauroczona, jak widzę stuprocentowe oddanie w oczach syna i nie słyszę go. To może oznaczać tylko jedno- pasja. Kiedyś u syna była fascynacja serią Ninjago, weszły więc książeczki o ninja, gazetki, filmiki – to zadziałało również edukacyjnie. W tym czasie udało się nam przemycić ćwiczenia oddechowe, elementy medytacji, ale też ułatwiło nam zapisanie go na dodatkowe zajęcia karate.

Dziś w kręgu jego zainteresować są militaria, roboty (mechy), czasem wyspa skarbów. Od jakiegoś czasu zainteresowania krążą wokół eksperymentów chemicznych, i ciała człowieka, a właściwie modeli anatomicznych z możliwością manipulowania. Ale świetnie pamiętam też swoiste zafiksowanie trzylatka na punkcie pociągów po serii bajek „Tomek i przyjaciele”, całą tę kolekcję lokomotyw i książek, puzzli, z którymi przez sentyment trudno nam się rozstać.
Na deser zostawiam pasję GOTOWANIA, do której regularnie wraca między LEGO, czy sportami. Bywały takie wieczory, gdy zachęcał nas do wspólnego przeglądania książek kucharskich i prosił: „mamo, porozmawiajmy o jedzeniu”. Syn często też podejmuje temat zdrowego odżywania, niezdrowych hamburgerów, i że będzie kucharzem (zaraz obok lekarza, policjanta i biznesmena…). Widzę, ile frajdy sprawia mu robienie pizzy, lepienie pierogów z babcią, czy przygotowywanie kanapek. Sam tworzy i dzieli się własnymi przepisami na fantazyjną sałatkę, np. z mięsem, owocami, ziemniakami ;). Czasem też chce zgadywać po angielsku nazwy warzyw i owoców.
Energia, inteligencja i pasja– może dlatego synek tak bardzo lubi odwiedzać interaktywne wystawy, muzea w plenerze, czy zwykłe/niezwykłe place zabaw? Moje wywody zakończę fragmentem z książki „Terapia ADHD. Trening sukcesu w pracy z dzieckiem nadpobudliwym” autorstwa Natalii Kajki i Kingi Szymony: „To prawda, że dzieci z ADHD odpowiednio ukierunkowane w życiu mogą stać się SUPERBOHATERAMI. Są poszukiwaczami wrażeń, w czym pomaga im wciąż niespożyta energia. Gdy pojawiają się w gronie ważnych dla nich samych osób, zawsze towarzyszy temu aktywność, ruch i nie ma mowy o nudzie czy marazmie. Dużo marzą i fantazjują, dlatego bardzo często są kreatywnymi osobami. To przyszli geniusze”.
Mama
