
Brać się za bary z ADHD to wyzwanie dla cierpliwych. Każdy rodzic w toku pracy z symptomami nadpobudliwości psychoruchowej swojego dziecka z pewnością wypracowuje własny skuteczny system. My intuicyjnie poszliśmy w kierunku aktywności fizycznej, która, jak się okazuje, pomaga synkowi nie tylko odpowiednio skanalizować nadmiar energii, trochę ułatwia zasypianie, ale również pozwala okiełznać demony w głowie, a raczej w budzącym się do życia wulkanie. Zobacz, jak terapia ruchem pozwala nam na co dzień zamieniać hardcorowy zespół hiperkinetyczny w spójną hardrockową linię melodyczną 😉
Uaha rowery dwa…
Jazda na rowerze to ten rodzaj ćwiczeń, które wykonuje się mimochodem. To przyjemność, której nigdy nie nazwalibyśmy wysiłkiem. Jesteśmy w tym zgodni z mężem – nauka jazdy na jednośladowcu znalazła się na liście priorytetów wśród podejmowanych przez nas aktywności. Za punkt honoru wzięliśmy sobie również naukę jazdy u synka. Zanim nasze dziecko wyrosło z gondoli, obserwowaliśmy inne maluchy, jak pomykają na rowerkach biegowych, a potem płynnie przechodzą na jazdę na czterech, a następnie na 2 kółkach. Jak tylko syn dorósł, postanowiliśmy wpisać się w ten trend. Kochający dziadkowie zaopatrzyli nas w rowerek biegowy, ale nasza pociecha nawet nie chciała spojrzeć w tamtą stronę, a wszelkie próby perswazji kończyły się obrazą. Tylko że wtedy nie wiedzieliśmy, że ma zaburzenia integracji sensorycznej (SI), wynikające z nieprawidłowości w rozwoju układu przedsionkowego. A to z kolei miało przełożenie na problemy z równowagą i planowaniem ruchów. Dziecko więc było zniechęcone brakiem postępów oraz własną niemocą. Diagnoza została postawiona dopiero w wieku 4 lat i to tylko dlatego, że czułam jakiś niepokój związany z opieszałością syna w ubieraniu się, nieumiejętnością opanowania piłki, o zapinaniu guzików w bluzce nie wspominając. Jedyne, co mi nie grało, to zestawienie tych wszystkich objawów z niezwykłą sprawnością syna podczas biegów, czy wspinaczki. Z tym dysonansem poznawczym udaliśmy się więc do certyfikowanego terapeuty integracji sensorycznej. Otrzymaliśmy diagnozę i wiedzieliśmy już, z czym mamy się mierzyć. Zawsze będę powtarzać, że informacja jest najcenniejsza, bo bez niej jakiekolwiek działania rodziców bywają przypadkowe, intuicyjne i często chybione. Diagnoza postawiona, ale to nas nie zadowoliło. Chwilę po tym, jak syn skończył 4 lata, rozpoczęliśmy intensywną naukę jazdy na czterech kółkach. Ale, żeby nie wyglądało to jak superważne rodzicielskie zawody, w których walka toczy się o medal arcyopiekuna, wzięliśmy się na sposób czynienia tego przy okazji. A to droga do sklepu, a to wyprawa do parku w poszukiwaniu wiewiórek. Ale to wszystko nie zadziałałoby, gdyby nie odpowiednia motywacja. By skłonić syna do synchronizacji ruchów i utrzymywania równowagi na pojeździe na każdy wyznaczony odcinek syn dostawał umówioną wcześniej porcję żelków. Ktoś z Was powie, że to niewychowawcze, że uczymy dziecka zewnątrzsterowności, ale my uznaliśmy, że to skuteczne, nikogo nie krzywdzi i przecież zawsze można to zarzucić. I tak też się stało. Kiedy syn motywowany naszymi okrzykami zachwytu, słodkościami i kolejnymi sukcesami zaczął pewnie jeździć na rowerze, nie posiadaliśmy się ze szczęścia. Ta sztuka nam się udała na tyle, że po przekroczeniu 5 roku życia jeździł już bez wspomagania dodatkowymi kółkami, czy prowadnikiem. Byliśmy z niego dumni i wciąż jesteśmy, bo czas pokazał, że przejechanie kilkunastu kilometrów nie jest dla niego dziś problemem i nie domaga się żelków po dojechaniu do celu;) Oczywiście musimy pamiętać, że wysiłek, który wkłada w utrzymanie równowagi, jest tak wielki, że pochwały co jakiś czas są konieczne, by dotarł do mety. Gdzieś przeczytałam kiedyś, że dziecko uczy się przez obserwację rodziców, a nie przez wypowiadane przez nich mądrości. W związku z tym staramy się mu pokazywać, że wycieczki rowerowe wiążą się z przyjemnością, radością, wspólnym spędzaniem czasu i osiąganiem kolejnych etapów. Zawsze podkreślamy, jak bardzo jesteśmy z niego dumni. Z kupna nowego roweru zrobiliśmy też wydarzenie, choć wiemy, że marzył o kolejnej paczce LEGO. Zapytacie, a jak ten rower ma się do jego ADHD? Ano tak, że pozwala rozładować złość, uczy mierzenia się z własnymi ograniczeniami i myślę, że pokazaliśmy mu, że wytrwałością i ćwiczeniami można pokonać trudności. Nie wieim, czy wiecie, ale mówi się, że dzieci z zespołem hiperkinetycznym łatwo rezygnują przy pierwszych trudnościach, więc odpowiednia motywacja to więcej, niż połowa sukcesu.
Karate Kid z ADHD
Nie bez powodu nawiązuję do filmu, który współcześnie ma swoją kontynuację w serialu “Cobra Kai”. Z sentymentem oglądając kolejne odcinki, nie mogłam oprzeć się wrażeniu, że historia jednego z bohaterów mogłaby posłużyć za analogię losów wielu dzieci w jakiś sposób naznaczonych. Mam na myśli perypetie Eliego „Jastrzębia” Moskowitza z pierwszego sezonu. Chłopak ze szramą na twarzy jest odrzucany przez środowisko rówieśnicze, a brak akceptacji wpływa na jego niskie poczucie własnej wartości. Dopiero karate, jako trening, dyscyplina i styl myślenia dają mu tę siłę, co w konsekwencji wpływa na odbudowanie mentalne. Ale wymowa tego konkretnego przypadku jest głębsza. Jastrząb zyskuje pewność siebie dopiero wtedy, gdy się przełamuje, gdy dojrzewa psychicznie na naszych oczach, by przeciwstawić się swoim oprawcom. Wyzwala się w roli ofiary, a karate jest tylko drogowskazem, który pomaga mu osiągnąć upragniony cel. Bo nie tylko o siłę fizyczną tu chodzi. Jak w każdym sporcie to często zmaganie się z własnymi słabościami, szczególnie tymi tkwiącymi w naszej głowie. Oglądając ten pierwszy sezon miałam przed oczami mojego syna, którego, mam nadzieję, nie spotkają takie przykrości, choć przygotowuję się na to, że wraz z nadejściem nowego etapu w postaci szkoły podstawowej mogą pojawić się różne trudności. ADHD jest w głowie, a na zewnątrz widać tylko czasem “niegrzeczne” i zamyślone dziecko. Obawiam się łatki, którą łatwo przypiąć, obserwując takie niestandardowe zachowania dzieci z nadpobudliwością. Pomijając cały filmowy wywód, chciałam napisać, że dla nas karate jest również ważne. W przedszkolu syn miał zajęcia dodatkowe, które głównie opierały się na ćwiczeniach ogólnorozwojowych, mniej na typowym treningu tej sztuki walki. Synowi na tyle spodobały się zajęcia i podejście trenera, że zapisaliśmy go na dodatkowe godziny poza przedszkolem. Poszliśmy za entuzjazmie dziecka i kuliśmy zwyczajnie żelazo, póki gorące 😉 Niebywale opanowany trener, rewelacyjne podejście do dużych i małych, a przy tym ogromna umiejętność zdyscyplinowania rozwrzeszczanej ferajny – dla mnie godne podziwu. Na początku zaniepokoiło mnie podejście trenera, który podczas osobistej rozmowy powiedział, że nie wierzy w ADHD. Przyznam, że nie zaskoczyło mnie to, bo też kiedyś byłam w tym miejscu. Ale po dłuższej konwersacji doszliśmy do porozumienia i zrozumienia na tyle, że teraz trener świetnie czyta syna. Widzę, że w momentach kryzysowych ma specjalne metody na niego i umiejętnie z nim postępuje, tak, by inni członkowie grupy nie byli poszkodowani, a nasza pociecha czuła, że nie jest w jakiś sposób dyskryminowana. Karate uczy koncentracji, równowagi, opanowania – a tego wszystkiego czasami brakuje w ADHD.

Niestety bywają też drobne minusy, tak, jak w przypadku każdej sztuki walki. Podczas ataku złości, syn czasem wykorzystuje swoją siłę w niewłaściwy sposób i próbuje “trenować” nowo nabyte umiejętności na tacie, czy młodszej siostrze. Ale te drobne niedogodności gubią się w morzu innych zalet. Otóż nawet taka prozaiczna rzecz, jak umiejętność sprawnego rozebrania się, przebrania się w strój treningowy, czy zadbanie o spakowanie rzeczy potrzebnych na trening – to szkoła życia, której nie można zastąpić wykładami. Ile razy słyszałam, by odpisać go z zajęć. Setki. Ale niestrudzenie, spokojnie tłumaczymy wtedy, że świetnie mu idzie, że to mu pomaga i daje siłę. A dodam tylko, że powodem rezygnacji mogą być drobne zwarcia z równie energicznymi kolegami/koleżankami, czy słaba umiejętność planowania i realizacji szybkiego przebrania się po treningu. Zawsze powtarzamy, że nie można się poddawać, a praktyka czyni przecież mistrza. Zajęcia poza przedszkolem to również znakomita okazja do ćwiczenia adaptacji do zupełnie innej grupy, niż ta, którą ma się w przedszkolu. Nowe osoby, nowe środowisko – to prawdziwe wyzwanie dla łatworozpraszającego się malca. Nie wiemy, czy syn będzie chciał kontynuować kiedyś treningi karate. Ale jedno wiemy na pewno – sport, niezależnie od wybranej dyscypliny, kształtuje charakter i do momentu, w którym jest przyjemnością, potrafi zasilić solidną dawką endorfin 🙂
Jak ryba w wodzie
Pływanie kształtuje sylwetkę, pozwala oswoić się z wodą i jest znakomitym sposobem na wytracenie energii. Idąc tym tropem, zapisaliśmy syna na zajęcia pływania, które odbywają się w godzinach pracy przedszkola. Na początku były te same trudności, co z każdą aktywnością – problemy z przebieraniem, czy demotywujący początkowy brak efektów. Choć duży basen to nie to samo, co ten ogrodowy, to wbrew pozorom nie martwiliśmy się aż tak bardzo o lęk przed głębokością. Pomijając przerwę w pandemii, od trzech lat obserwujemy stałe postępy synka w zakresie pływania. Jakże byliśmy z niego dumni, gdy wyjechaliśmy do hotelu z basenem, na którym nasze własne dziecko świetnie sobie radziło. Jego entuzjazm był na tyle zaraźliwy, że inni rodzice na pływalni dawali go swoim dzieciom za przykład, a nasza córka do dziś mówi, że też chce na takie zajęcia chodzić. Również dziadkowie nie mogli go sobie nachwalić, gdy podczas wakacji zademonstrował im próbkę swoich umiejętności. Być może ja to tak przeżywam, bo sama słabo pływam i do dziś mam lęk przed głębszą wodą. Umiejętność pływania pozostaje na całe życie, jest świetnym sposobem na relaks i znacznie zwiększa ilość możliwości czerpania radości ze sportu. Ortopeda poradził nam kiedyś, by przy koślawości kolan u syna postawić na rower i pływanie. I jakoś tak się złożyło, że tak właśnie uczyniliśmy. Pewnie, gdyby nie bliskość basenu, nie zdecydowalibyśmy się na to. Ktoś po tym wpisie mógłby pomyśleć, że zapisujemy syna na milion zajęć i bierzemy tym samym udział w wyścigu szczurów. Ale uwierzcie, że nie ma takiej dawki wysiłku fizycznego, która jest w stanie sprawić, że złość minie. Ale na pewno zmęczy i zawsze mamy nadzieję, że wybuch będzie dzięki temu słabszy. Dodatkowo uczymy syna, że warto wyżyć się w sporcie, by wypracował sobie właśnie taki, bezkonfliktowy sposób radzenia sobie ze stresem.
itp., itd.
To tylko kilka z bardzo wielu aktywności, do których go zachęcamy. Psychiatra dziecięca powiedziała nam kiedyś, że jej student zwierzył się, że ukończył studia medyczne tylko dzięki temu, że rodzice zadbali o odpowiednią dawkę biegów przed nauką. U nas eksperymentujemy również z workiem bokserskim, choć akurat w chwili napadu złości niechętnie z niego korzysta. Ostatnio impulsujemy synka także do jazdy na rolkach, wcześniej oczywiście były różne hulajnogi. A poza tym ciągłe biegi, podbiegania, podskoki, po prostu setki kilometrów w nogach, często w naszej zamkniętej przestrzeni mieszkalnej. Czasem myślę, że moglibyśmy reklamować niezawodne podłogi lub izolację ścian, bo mieszkanie w bloku stało się naszą małą salą gimnastyczną;)
Życzę Wam i sobie, byście nie ustawali w próbach motywowania swoich dzieci z ADHD do wysiłku, wytrwałości i walki. To się zawsze zwróci, choć pewnie nie tu i teraz. Może okaże się, że w dorosłym życiu będą ludźmi z pasją sportową, którym niestraszna będzie żadna rywalizacja, nawet ta, zakończona porażką.
