
“Nienawidzę Cię”, “Jesteś zła do szpiku kości” – to stwierdzenia, które coraz częściej słyszę z ust mojego synka. Choć to strasznie boli, to chcę równocześnie zastrzec, że zdaję sobie sprawę, że to jest absolutnie poza nim. Dziś napiszę parę słów o tym, jak u nas wyglądał jeden z donośniejszych ataków furii związany z ADHD i spróbuję przekonać siebie i rodziców z podobnymi przypadkami, że to trudne, lecz normalne i trzeba nauczyć się sobie z tym radzić.
Po przeczytaniu wielu książek i publikacji na temat nadpobudliwości psychoruchowej czułam się bardzo podbudowana i taka mądra. Wyposażona w odpowiednią dawkę fachowej wiedzy z tego zakresu, przystąpiłam do realizacji planu naprawczego i konsekwentnego działania w temacie. Jednak w momencie, w którym przyszło niespodziewane zderzenie z rzeczywistością, każda nieprzepraktykowana wiedza idzie w niepamięć i włączają się automatyzmy. U nas zaczyna się zawsze podobnie. Syn uwielbia się przepychać z mężem, ganiać jak szalony, namawia do zabaw w wojnę, strzelanki, które mają w sobie jakiś element agresji (niestety)i rywalizacji, którą ma szansę wygrać. I w momencie, w którym akurat włączyliśmy mu x-boxie sporty walki, zaczęło się. To był okres okołoświąteczny, specyficzny czas, gdy poziom bodźców rośnie, a wraz z nim emocje, z którymi trudno poradzić sobie 7-letniemu chłopcu. Na początku rywalizacji sportowej byliśmy zadowoleni, że się męczy i na pewno wytraci negatywną energię. „Dzięki temu na pewno pójdzie spać łagodny jak owieczka” – myśleliśmy. Potem jeszcze bardziej urośliśmy, gdy mijały minuty, dziesiątki minut, a on wciąż nie poddawał się, był waleczny i dosłownie zlany potem. Problem zaczął się, gdy przyszła pora kolacji i grę należało zakończyć. To była absolutna katastrofa!!! Nastąpił wybuch wulkanu (to w naszym żargonie domowym atak furii, podczas którego syn nie zważa na otoczenie i trawi niczym lawa wszystko, co napotka na swojej drodze). Żadne prośby, groźby, a nawet obiecanki wtedy nie pomagają. Świadkami tego zdarzenia byli dziadkowie, którzy chyba pierwszy raz na własne oczy ujrzeli taki wybuch w wykonaniu swojego ukochanego wnuka. Krzyki, machanie rękami, kopanie, rzucanie się na podłogę, wyzwiska i wreszcie rękoczyny wobec męża, które nie były takimi z całej siły, raczej mającymi sprowokować dorosłych. Nawet próbowaliśmy metody przytrzymywania go, gdy rzucał się i czasem sam się uderzał, ale i to okazało się tylko podpałką pod i tak już spory płomień złości. Zauważyliśmy, że charakterystyczne jest dla niego ciągłe przekraczanie jakiejś granicy swojej i naszej wytrzymałości. Mieliśmy jakieś ogromne wyrzuty sumienia, że wszystkiemu przygląda się 2,5-letnia siostra, dla której czerpanie wzorców z otoczenia jest przecież normalnością. Choć staramy się jej wszystko tłumaczyć, że brat ma kiepski nastrój, że jest zły i mu przejdzie, to i tak fakt krzyku na wszystkich zaistniał. Mamy w sobie ciągły niepokój o to, jak to może wpłynąć na jej rozwój i postrzeganie relacji z bratem. Po jakimś kwadransie atak słabł, emocje opadały i zapadała cisza. Po niej przyszedł do nas skruszony syn, wtulił się w nas, przeprosił i potrafił bardzo racjonalnie powiedzieć, co zrobił nie tak i jak powinien był prawidłowo zareagować na prośbę o koniec gry. To był dla nas jasny sygnał, że on zwyczajnie nad tym nie panuje Jest bardzo mądrym, kochanym chłopcem, ale wciąż przedszkolakiem, dla którego racjonalizacja jego wzburzenia jest bardzo trudna. My z kolei wzruszaliśmy się, przytuliliśmy rodzeństwo i zapewniliśmy, że kochamy całym sercem. Po całej tej akcji, jako rodzice czuliśmy z jednej strony smutek, że mu się to przytrafia, choć tego nie chce; wstyd, że dziadkowie musieli to oglądać; bezsilność, która jest najgorsza i w końcu pustkę w głowie pomieszaną ze zmęczeniem psychicznym, które nie pozwala wrócić do radosnej i beztroskiej normalności. Złapałam się na tym, że używam określenia „zniszczona sytuacją”, bo faktycznie to wypalenie jest gorsze, niż rana fizyczna.

Na przestrzeni miesięcy te ataki zmieniały swoją postać, ewoluowały, były sinusoidą, której nie da się do końca przewidzieć. Ale można ją nieco złagodzić. Doszliśmy do wniosku, że najlepszym doradcą, będzie SPOKÓJ. Kiedy te incydenty złego nastroju powtarzały się z różną częstotliwością, postanowiliśmy wcielić nieco teorii w czyn. Powiedzieliśmy sobie z mężem, że nie możemy dać się ponieść fali emocji. I tak kiedy przyszedł następny raz, mówiliśmy do syna łagodnie, powoli i ten sam komunikat formułowaliśmy w inny sposób, lecz nienatarczywie, tylko wtedy, gdy mieliśmy wrażenie, że słucha. Tonem “rozjechanej żaby” powtarzaliśmy, żeby się wyciszył, że bicie to nie jest rozwiązanie i wciąż powtarzaliśmy, co powinien zrobić, a nie to, czego nie powinien – zgodnie z zaleceniami specjalistów. Gdy nie oponował, przytulaliśmy lekko, ocieraliśmy mu łzy. Pytaliśmy o pozwolenie, czy możemy podejść. Ale nade wszystko nie odpowiadaliśmy na zaczepki, nie dawaliśmy się sprowokować, a w sytuacji, gdy doszły rękoczyny, zdecydowanie reagowaliśmy, by pokazać, że agresja nie jest przez nas akceptowana i nie jest to rozwiązanie. Przyznaję z ręką na sercu, że parę razy zdarzyło się nam dać wcześniej po klapsie, ale dziś widzimy, że to tylko powodowało eskalację i przekonanie, że to może być dobra metoda. Dziś jesteśmy mądrzejsi o własne, bolesne doświadczenie. Przekazaliśmy, komu się dało z otoczenia, jak należy z naszym małym delikwentem postępować w sytuacji wzmożonej agresji, by nie porównywać do rodzeństwa, innych dzieci i przede wszystkim, by nie mówić do dziecka z pozycji siły, bo to tylko zaogni sytuację. Kiedy nieubłaganie zbliżamy się do granicy, której przekroczenie grozi napadem szału, mówimy, że wulkan jest wzburzony, powoli zaczyna niszczyć drzewa. To taka metafora, która naprawdę przemówiła do wyobraźni naszego syna. Inicjatorem był mąż, który wpadł na ten pomysł po tym, jak zrobiliśmy rodzinny eksperyment chemiczny z sodą i octem. I jakoś w tym samym czasie syn otrzymał zabawkę w postaci wulkanu do samodzielnego wykonania i wyszukania w nim skarbu. To naprawdę działa, uczy i bawi. A najważniejsze, że skutkuje, bo za każdym razem syn nas wtedy pyta: “Czy lawa już zalała całą wyspę, czy nie?”. Nikt przecież nie chce być opustoszałym przyczółkiem;)

Drugim sprawdzonym patentem jest KONSEKWENCJA. Teoretycznie wszystkie podręczniki traktujące o wychowaniu dziecka mówią, że to podstawa zbudowania w maluchu poczucia bezpieczeństwa i pożądanych dobrych nawyków, ale z praktyką u dziecka z ADHD bywa trudniej. Jest to szczególnie niełatwe, gdy dziecko wymusza, a ty wiesz, że naturalną konsekwencją wielokrotnej odmowy będzie złość, agresja słowna, a może nawet fizyczna. Ale nie można się poddawać. Wspieramy się w tym z mężem i uczulamy dziadków, że nie ma taryfy ulgowej w wymuszaniu. Są zasady i kooperacja otoczenia tylko wspomoże wychodzenie z ADHD. Dziecko doskonale wyczuwa niekonsekwencję dorosłych i któregoś razu synek po zjedzeniu porcji żelków mówi do mnie: “Mamo, ale przecie mówiłaś, że nie będę jadł dziś słodyczy, bo źle się zachowywałem.” I cóż było zrobić. Otworzyłam buzię, uśmiechnęłam się i zmieszana musiałam przyznać mu rację 😉
