
Dziś postanowiłam powspominać czas, kiedy zaczęliśmy naszą przygodę ze specjalistami. Był rok 2017, lato. Nasz ukochany synek skończył 3 lata i szykowaliśmy się wspólnie na całkiem nową przygodę z przedszkolem. Wtedy jeszcze byliśmy rodziną 2 + 1 i cała nasza uwaga naturalnie została skierowana na pierworodnego 😉 Podczas jednego z letnich popołudni, udaliśmy się na umówioną wizytę do uznanego, cieszącego się dobrymi opiniami rodziców, neurologa dziecięcego. Pewnie zapytacie, co nas skłoniło do zapisania się na konsultację. A wyglądało to tak:
Gwoli uczciwości powiem, że uczyniliśmy to za namową rodziny. Przebywając 3 lata z naszym synkiem, zdążyliśmy się już przyzwyczaić, że jest ruchliwy. Ale było to dla nas całkowicie normalne, że w wieku niespełna 12 miesięcy zaczął energicznie chodzić, mówić i wspaniale się do nas uśmiechać. Uznaliśmy, że po prostu jest takim sprytnym i potrzebującym ruchu malcem. Wtedy też nie zastanowiło nas, że znajomi podczas odwiedzin, wyrażali dla nas niesłychany podziw, jak dajemy radę, skoro ona jest taki, jak to określali “żywy”. My młodzi, debiutujący rodzice poczytywaliśmy sobie to wtedy za komplement i rośliśmy w dumę z siebie i naszego szkraba. Ale nie o podziw wyłącznie tu chodziło. Czy widzieliście dziecko, które w przypływie ekscytacji, macha rączkami, by wyrazić bardziej swoje emocje? To nasz synek tak właśnie robił i robił to często. I być może nie byłoby w tym nic dziwnego dla znajomych, gdyby nie fakt, że robił to czasem w sytuacjach, które wydają się dość spokojne i wymagające skupienia uwagi. Takie “latanie” stało się od tej pory zachowaniem, które ostatecznie zaprowadziło nas do neurologa i rozpoczęło serię różnorakich spotkań ze specjalistami.

Dziś, kiedy wiemy już, że to „latanie” było jednym z symptomów ADHD, zaczynamy przywoływać zachowania, które być może już od urodzenia powinny były nas zainteresować. Na przykład bardzo pogodny i aktywny maluch, który z wielkim trudem zasypia i to tylko po serii intensywnych kołysań, bujań, szuszań i po szczelnym okryciu kocykiem. Czy niezwykle intensywny szał radosnych uniesień podczas zabawy i przerzucanie się z zabawki na zabawkę, bez skupienia uwagi dłużej na którejś. Podczas standardowych wizyt pediatrycznych, lekarze za każdym razem stwierdzali, że ta ruchliwość świadczy o inteligencji, ciekawości świata i oczywiście, że to dobrze. Nie zaprzeczyliśmy. Nas z kolei nie zastanowiło, dlaczego jest taki spokojny podczas szczepień… Starsze koleżanki, które miały już odchowane dzieci, nie mogły też uwierzyć, że sprawdzona metoda dziecko w leżaczku bujaczku-mama w kuchni się nie sprawdza i kończy się u nas wielkim krzykiem i protestami. Zresztą, jak i próby umieszczenia go w spacerówce, czy foteliku samochodowym na dłużej, huśtawce, czy innym bujająco-grającym urządzeniu. Mam w głowie też jedno wspomnienie wyjazdu nad morze, kiedy miał 1,5 roku (rok 2015). Nasze pierwsze wakacje, na które zdecydowaliśmy się za namową dziadków. No przecież wszyscy jeżdżą, dzieci bujane jednostajnym ruchem auta smacznie zasypiają, a rodzice podziwiają widok za oknem. Nie u nas. To był koszmar. Ciągłe wyrywanie się, krzyki, upominanie się o uwagę i wymuszanie wyjścia z auta. Wszelkie zabawy przygotowanie na drogę zadowalały go tylko na chwilę. Spokojny był wyłącznie podczas jedzenia i krótkiej…bardzo krótkiej drzemki. Wiedzieliśmy, dlaczego nie chcemy wybierać się w tak długą trasę, przecież lepiej znaliśmy naszego 1,5-rocznego krzykacza. I tak u nas wyglądała ta historia. Jeśli przypomnę sobie, jak ktoś wówczas mówił mi, że jestem przewrażliwiona, że przesadzam, że to kwestia przyzwyczajenia lub niedoświadczenia przy pierwszym dziecku, to śmieję się w duchu. Bo dziś wiem, że ta nadpobudliwość była w nim zawsze, ale w nas nie było świadomości.

Wracając do wizyty u neurologa, od którego zaczęliśmy, napiszę tylko, że pan doktor sprawił na nas wrażenie człowieka ciepłego, kompetentnego i bardzo opanowanego. Właściwie po standardowej procedurze sprawdzenia odruchów i wywiadzie z nami i po rozmowie z dzieckiem, uspokoił nas, że syn z TEGO “latania” wyrośnie. Usłyszeliśmy, że jest prawidłowo rozwijającym się malcem, a machanie rączkami to tzw. stereotypia ruchowa, czyli mimowolny, nieskoordynowany ruch. Zapisał parę witamin i zostawił do naszej decyzji konsultację psychologiczną. W sumie to w duchu trochę na to liczyliśmy, bo uspokoiło nas to przed rozpoczęciem edukacji w przedszkolu. Posiadając taką opinią wysokiej klasy specjalisty, zamknęliśmy rozdział z wątpliwościami i na pytania rodziny mieliśmy już pełnoprawny papier… Jak się okazało, tylko na chwilę. O tym, jak ADHD naszego synka dało o sobie znać w nowej rzeczywistości, opowiem Wam w osobnym wpisie.
