
Kiedy dowiedzieliśmy się, że wystąpimy w Dzień dobry TVN, byliśmy zszokowani. Cieszyliśmy się, że nasza inicjatywa spotkała się z zainteresowaniem mediów i będziemy mogli zaprezentować temat szerszej publiczności. Jednak, jak sami się domyślacie, tak nas to rozemocjonowało, że nie byliśmy w stanie ukryć swojego podekscytowania. Antoś, jako dziecko z ADHD niczym lustro cudownie odbija nasze emocje, zatem wchłonął je jak gąbka i kiedy przyszedł czas rozluźnienia, pokazał ile ich zgromadził😉 Dziś o tym, jak to wydarzenie wpłynęło na nasze dziecko oraz o naszych, wymyślonych na potrzeby chwili, metodach radzenia sobie z tą sytuacją.
Będziemy w telewizji!
Zaproszenie do programu otrzymaliśmy tuż po Świętach Bożego Narodzenia. Byliśmy jeszcze w weekendowym nastroju, a dzieci nadal żyły prezentami i magią spotkań z najbliższymi. Oczywiście nie mogliśmy ukrywać tej informacji przed synem, tym bardziej poinformować go tuż przed wyjazdem. Dzieci z ADHD nie przepadają za zmianami, a jeśli już się pojawia, to naturalnie wywołują w nich pewien zgrzyt, zachwianie poczucia stałości, bezpieczeństwa. Zatem zawsze staramy się uprzedzać go o nadchodzących nowościach i wspólnie przegadywać tę sytuację. Czasem odnosimy wrażenie, że może niepotrzebnie, bo ta wiadomość nie zrobiła na synu najmniejszego wrażenia, ale później okazuje się, że było zupełnie inaczej, niż sądziliśmy. Powiedzieliśmy więc następnego dnia o planowanym na 8 stycznia wyjeździe i naszej wizycie w telewizji. Pierwsze pytanie, które padło, brzmiało: „Mamo, czy będę sławny?”. Z życzliwym uśmiechem odpowiedziałam, że tak i że to również dla nas niesamowita przygoda. Wytłumaczyliśmy mu, że ta wizyta związana jest oczywiście z książką o Antoniusie, ale również nie ukrywaliśmy faktu, że pojawi się nawiązanie, jak to określiliśmy do jego „ataków”. Poznał określenie ADHD i wie, że tak to się nazywa, ale równocześnie podkreśliliśmy, że cechy związane z nadpobudliwością są też pożyteczne. Jak np. to, że ma oryginalne pomysły i przemyślenia, jest energiczny i odporny na ból. W tych rozmowach, które toczyły się do czasu wyjazdu, staraliśmy się położyć akcent na jego wyjątkowość i podkreślać jego niezwykłe umiejętności, inteligencję, ale także to, że potrzebna jest praca, by z każdym dniem lepiej radzić sobie z napadami złości. Cały czas byliśmy blisko naszego dziecka, trochę stłumiliśmy własne emocje, by zanadto nie nakręcać synka. Nadmienię tylko, że w tzw. międzyczasie odbyły się 3 dni nauczania zdalnego i pierwsze, co uczynił syn po połączeniu się z klasą, to poinformował o swojej wizycie w stolicy😉 To było urocze.
Widzieliśmy, że naprawdę entuzjastycznie podchodzi do całej sytuacji. Zapytacie, czy się nie wstydził, że powie całemu światu o swojej przypadłości? Odpowiem stanowcze NIE! Właśnie po to powstała nasza inicjatywa z blogiem, książka, by jak najgłośniej mówić o ADHD, uświadamiać otoczenie, a może nawet dodawać otuchy innym rodzicom. Antoś wie, rozmawiamy o tym, czasem razem płaczemy, potem się przytulamy. Właśnie na tym polega wsparcie, by WIEDZIEĆ, PRACOWAĆ NAD TYM, I SZUKAĆ WSPARCIA.
I tak minął nam tydzień, aż w końcu nadszedł dzień podróży.
Konduktorze łaskawy, zawieź nas do Warszawy.
Celowo wybraliśmy środek transportu w postaci pociągu. Wydawał się nam świetną opcją na oryginalne, wspólne spędzenie czasu. Wersja bezprzedziałowe i praktycznie cały sektor ze stolikiem tylko dla nas. Jedynym ograniczeniem była konieczność bycia cicho, co miejscami dla naszego gaduły stanowiło problem. 
W pociągu było prawie idealnie. Była drzemka, jedzenie wcześniej przygotowanych smakołyków, gra w czołgi z własnoręcznie przygotowanymi przez tatę kartami. Swoją drogą to było naprawdę zajmujące, bo w trakcie tej gry, nie dość, że trzeba liczyć, to jeszcze znać się na modelach czołgów. Świetna rozrywka na ćwiczenie pamięci. Dodam tylko, że mąż podchwycił obecne zainteresowanie syna i zamienił je w pożyteczną rozrywkę. Proste i genialne zarazem! Słuchaliśmy też muzyki i zwyczajnie patrzyliśmy za okno. Ale, jak to z wiercipiętami, kiedy przyszła trzecia godzina jazdy, Antoś zaczął mówić głośniej, szybciej i co chwilę biegał do toalety. Zrobiliśmy mu ostatnio komplet badań, które nie wykazały żadnych zmian, więc prawdopodobnie częstomocz ma podłoże psychologiczne i stał się objawem zdenerwowania i zniecierpliwienia. Tak reaguje ostatnio na stres. Otrzymaliśmy kiedyś sygnały ze szkoły, że tak się dzieje, ale na moment to ustało i ostatnio znów powróciło. Będziemy to bardziej drążyć.
Zatem znużenie wzięło górę i synek poprosił kilkukrotnie o przechadzki po innych przedziałach. Już wiedzieliśmy, że zaczynają się wyczerpywać zasoby cierpliwości syna i niebawem nastąpi jakiś rodzaj kulminacji. Na początku było przewalanie się po siedzeniach, niewybredne żarty, wymuszanie. Na szczęście pociąg miał już tylko kilka minut do naszej stacji, więc wpadłam na pomysł, by odliczał. I tak stojąc w przejściu, zwarci i gotowi liczyliśmy na głos wspólnie do stu. Oczywiście powoli, by trochę wyciszyć się, unormować oddech. Niestety nie udało się nam z cukrem i w trakcie podróży wjechały słodycze i przyznam, że nie wiem, czy gorsze było serwowanie mu słodkości, czy potencjalna awantura, która mogła wyniknąć z odmowy…
Hotelowe historie
Kiedy w końcu wysiedliśmy i chwyciłam Antosia za rękę, czułam jego mocny uścisk i już wiedziałam, że te energiczne podskoki i nerwowy śmiech zwiastują zbliżający się tajfun. Dlatego też wybraliśmy wersję chodzoną trasy, by przez te 15 minut na mrozie nieco go zmęczyć. Pozwoliliśmy mu podskakiwać, śpiewać, śmiać się, nawet puszczaliśmy mimo uszu jego zaczepne uwagi. Kiedy zameldowaliśmy się na miejscu, odbył rundkę po korytarzu i seans skoków na wszystkich łóżkach. Jakimś cudem skłoniliśmy go do udania się na kolację.
Tam już też nie mógł się doczekać swojego jedzenia, a potem głośno komentował sytuację i co chwilę biegał do toalety. Kiedy wróciliśmy do pokoju, w końcu mógł uwolnić nagromadzone emocje. Zaczął biegać, śmiać się, turlać, zabierać nasze rzeczy. Na nic zdały się nasze prośby o umycie się, choć wiedziałam, że ciepły prysznic znacznie by go rozluźnił. Kiedy jest ogrom wrażeń, to żadne logiczne argumenty do niego nie docierają.
Pozwoliliśmy mu więc na odreagowanie, tylko dbaliśmy, by nie było za głośno i nie poczynić żadnych materialnych strat w pokoju. Na szczęście atak nie przybrał formy agresywnej, tylko głupawki. Nie dawaliśmy się sprowokować i wciągnąć do przepychanek j dyskusji. Zaproponowaliśmy mu nawet, że tata z nim poskacze (jak na załączonym obrazku). Po 30 minutach przeszło mu. Na końcu podszedł do nas, przeprosił, przytulił się. Wtedy już wiedzieliśmy, że będzie tylko lepiej i można w końcu odpocząć.
Na wizji
Noc przespał bez incydentów. Wiem, bo ja dla odmiany nie zmrużyłam oka 😉. Za to poranek był ciężki, bo było go trudno zwlec z łóżka o 6.30. Od razu oświadczył, że jest niewyspany. A to już sygnał, że dziecko z ADHD będzie trudne we współpracy. Marudził, z trudem ubrał się, a na końcu dał się namówić na zejście na śniadanie. Po powrocie ze śniadania mieliśmy niewiele czasu, by zdążyć na 7.30 do studia. Już wtedy zaczęły się utarczki słowne. Jednak jakimś cudem udało się nam umyć, ubrać i praktycznie byliśmy gotowi do wyjścia. Standardowo podaliśmy synowi leki na koncentrację (Medikinet), bo wiedzieliśmy, że tak, jak w szkole, ze skupieniem będzie największy problem. Jednak gdy na kwadrans przed wyjściem zaczęło się zabieranie naszych rzeczy, groźby zniszczenia ich i przekleństwa, zdecydowaliśmy o podaniu dawki syropu Atarax. To doraźny lek wyciszający, taki, po którym jak dotąd nie zauważyliśmy jakichś spektakularnych efektów. Przez półtora roku zastosowaliśmy go raptem kilka razy. Wydawało się nam, że delikatnie zadziałał w tamtym momencie, bo w drodze do studia już spokojnie gawędziliśmy. Kiedy dotarliśmy na miejsce, byliśmy zaskoczeni harmidrem na planie, ale też bardzo luźną, spokojną i przyjazną atmosferą. Spotkaliśmy się z bardzo ciepłym przyjęciem ekipy, szczególnie pani makijażystki, która podzieliła się ze mną swoją historią z trudnego rodzicielstwa.
To było dla mnie ważne, że empatia płynie z każdej strony. Antoś był już widocznie podekscytowany, mąż oprowadzał go po planie, syn zasiadł nawet na fotelu prowadzącego😉 W pewnym momencie zaczął nawet tańczyć z radości.
Ale już kiedy zagadał do niego prowadzący, Pan Filip Chajzer, czy chciałby tu pracować, syn zachowawczo odpowiedział, że musi się zastanowić. Już wiedziałam, że atmosfera się zagęszcza i sytuacja zaczyna go przytłaczać. Antoś dał sobie poprawić fryzurę, zamontować mikroport, a kiedy przyszła nasza kolej, jakby się wycofał. Nie wiem, czy to niewyspanie, opóźniony efekt podania syropu, mocne światła, a może prowadzący, którzy byli życzliwi, ale jednak ich nie znał. Wyraźnie zamknął się w sobie. Zresztą nie omieszkał poinformować na wizji, że jest niewyspany.
To chyba był dla niego stres tej konkretnej chwili, bo zaraz po zejściu z anteny, synek zagadywał, pytał o wszystko i poszedł pogłaskać pieska, który przyszedł z innym zaproszonym gościem.
Kiedy już pożegnaliśmy się ze studiem, spakowaliśmy się, poszliśmy coś zjeść i kupić obiecane prezenty. Wtedy jakby ożył 🙂. Droga powrotna przebiegła bardzo spokojnie, napięcie wyraźnie schodziło, bo przespał większość trasy pociągiem. A kiedy dotarliśmy do Wrocławia i udało się nam już obejrzeć nagranie z poranka, syn w ogóle się nie emocjonował. Siedział spokojnie, oglądał i nawet uśmiechnął się podczas fragmentu o skakaniu i czołganiu się. Wyglądał, jakby nie zrobiło to na nim żadnego wrażenia. Wyładowanie przyszło wieczorem, bo musiało przyjść.
Dziś, gdy emocje już opadły, miło i na spokojnie wspominamy tamtą wizytę. Żałujemy tylko, że nie udało się nam powiedzieć więcej o samym ADHD, ale i o książce. To 7 minut było jednak bardzo ważne, bo jak to określiła nasza Pani doktor, to kolejna cegiełka do świadomości o różnorodności neurorozwoju.



