
Zapewne zorientowaliście się, że w naszym domu czytanie książek zajmuje zaszczytne miejsce wśród rozrywek rodzinnych. Bardzo zależało nam na tym, by dzieci widziały, że rodzice czytają, że w domu są książki, że się je kupuje i, co najważniejsze- czyta. Czytanie samodzielne, całą rodziną, w parach, a ostatnio również wymyślanie i spisywanie własnych historii. Z całą stanowczością mogę potwierdzić, że opowieści stale krążą w naszym domu i zyskują różne oblicza;) Dziś na spółkę z mężem zmajstrowaliśmy dla Was artykuł, w którym wtajemniczymy Was w nasze techniki zyskiwania uwagi dzieci za pomocą bajek.
Za mały na książki
Kiedy zostałam mamą po raz pierwszy, bardzo dużo czytałam na temat książeczek dla dzieci dopasowanych do wieku- które są polecane, wartościowec, od czego zacząć itp. Można powiedzieć, że przynajmniej teoretycznie opanowałam podstawy wiedzy z tego zakresu. W praktyce wyglądało to tak, że trochę przypadkowo, czasem wręcz kompulsywnie kupowałam wszystkie możliwe propozycje, bo każda z przeczytanych przeze mnie porad wydawała się słuszna. Kontrastowe, grające i mówiące, z nazwami, „dotykanki”, do nauki liter. Była tego naprawdę niemała sterta. Ale wiadomo, dziecko przed ukończeniem pierwszego roku życia nie potrafi się skoncentrować na jednej rzeczy zbyt długo, zatem miłość do konkretnych pozycji bywała silna, acz krótka. Czasem kończyło się tylko jej poślinieniem, czy pogryzieniem. O skupieniu się na dłuższej czytanej fabule również mogłam zapomnieć.

Tuż przed pierwszymi urodzinami postanowiłam, że do rytuału wieczornego dołączę czytanie. I ku mojemu zdumieniu nie było tak najgorzej. O ile dziecko w dzień w czasie swojej największej aktywności szybko traci zainteresowanie jedną czynnością, o tyle wieczorem, gdy jest mu błogo po kąpieli, jest zmęczone i wyciszone, słucha łagodnej melodii słów mamy/taty i powoli odpływa w krainę snów. Myślałam, że będzie protestował, że zacznie płakać, rozbudzi się, ale odpowiednie oświetlenie, spokojny i cichy ton głosu, a także umiejętnie dobrana historia potrafią zdziałać cuda. Z czasem złapałam się na tym, że sama historia nie ma już takiego znaczenia, bo nawet opis pościgu czytany powoli i cichutko przynosi zamierzony efekt. Kiedy Antoś podrósł, było znacznie trudniej. Potrafił powtórzyć całe fragmenty regularnie czytanych mu bajek, przypomnieć jakiś pominięty przez rodzica fragment lub upomnieć się o konkretną książeczkę. Repertuar ewoluuje wraz z wiekiem, zmienia się również technika czytania. W tym fragmencie chciałam jednoznacznie podkreślić, że nigdy nie jest za wcześniej na czytanie dziecku i za późno, by rozpocząć tę fascynującą przygodę.
O technice słów kilka
Czytanie przez rodziców
Wieczorne czytanie córce odbywa się u nas przy łóżku. Najpierw czytamy bajkę Gabrysi (3 l.), lecz nie pokazujemy zazwyczaj obrazków, by się nie rozpraszała. Kiedy nie jest zbyt zmęczona, robi swoje wtręty, komentuje, nie daje dokończyć zdania. To znak, że dziś będą czytane dwie, może nawet trzy książeczki, zanim powieki staną się ciężkie. Z synem, tak do 5 roku życia było podobnie. Kiedy bardziej zaczął się angażować w opowieści, nauczył się czytać i domagał się konkretnego repertuaru, przeszliśmy na „system salonowy”. Polega ona na tym, że po położeniu spać córki, zbieramy się w salonie (mama, tata i Antoś) i decydujemy, którą formę wybieramy: czyta/opowiada wyznaczony przez Antka rodzic lub to on prezentuje nam swoje umiejętności czytelnicze. Udział nas rodziców w tym rytuale jest dla niego bardzo ważny. To nasz czas razem. Nie wymuszamy na nim sposobu, bo miejscami może zwyczajnie nie mieć ochoty na jakąś formułę. Dbamy o to, by książki dobrze mu się kojarzyły, by być blisko fizycznie, przytulać się, ale i dyskutować na temat wybranego fragmentu. Z dziećmi z ADHD warto wcześniej zakontraktować długość tej czynności, może nawet ustawić stoper, klepsydrę w widocznym miejscu. Z racji tego, że kompletnie nie mają poczucia czasu, muszą być na bieżącą informowane, ile im go zostało i, że za chwilę nastąpi zmiana. Gwałtowne przejścia, urwane wątki to zdecydowanie kiepski pomysł.

Opowiadanie przez rodziców/dziadków
Tę część całkowicie dedykuję babci, ponieważ to ona rozpoczęła tradycję opowieści na dobranoc. Choć na początku była ona podyktowana wyłącznie względami praktycznymi (słabe oświetlenie nocne w połączeniu z wadą wzroku babci), to dziś jest absolutnym hitem u naszego syna. Wielokrotnie domagał się historii inspirowanych naszymi osobistymi doświadczeniami z dzieciństwa lub z imionami bohaterów wzorowanymi na naszych. Trzeba oddać babci również to, że to właśnie podczas wakacji, czy ferii zostało wymyślone imię Antonios, które do tego stopnia przyjęło się w naszej rodzinie, że zostało umieszczone w opowieści taty, ale już w zmodyfikowanej formie (Antonius). Takie konstruowanie historii na bieżąco daje ogromną frajdę, angażuje, sprzyja kreatywności, ale czasem można wywołać salwy śmiechu i być powodem nadmiernej ekscytacji. Dlatego trzeba uważać, bo w połączeniu z ADHD przynosi efekt odwrotny od zamierzonego. A, że dzieci z nadpobudliwością mają problem z wyhamowaniem, finalizacja opowieści może okazać się bardzo trudna i skończyć np. awanturą.
Tworzenie własnej historii, np. o ludziku LEGO i przy okazji nauka czytania metodą globalną
Około 6 roku życia zaczęłam się zastanawiać nad nauką czytania u syna. Widziałam, z jakim zainteresowaniem śledzi literki tekstu, zadaje pytania, koniecznie chce wiedzieć, czy dobrze rozpoznaje znaki. Poczytałam trochę na temat dostępnych metod i nie wiedząc wówczas, że syn ma ADHD, rozpoczęliśmy naszą przygodę z globalną metodą nauki czytania. Wówczas wydawała mi się niezwykle prosta, właściwie genialna w swej prostocie. A, że już wtedy syn wykazywał tendencje do zniecierpliwienia, a przy okazji był niezwykle twórczy, okazała się dopasowana do naszych potrzeb. Oczywiście wcześniej czytałam o metodzie sylabowej, nawet otrzymaliśmy w prezencie co najmniej dwie książeczki do nauki tejże. Ale wtedy uznałam, że to żmudny proces i narzucenie reguł synowi nie jest dla nas. Syn musi mieć poczucie sprawczości, to od dokonuje wyboru, tworzy, nadaje ton opowieści. Metoda z grubsza polega na tym, że dziecko tworzy swoją własną historię, rodzic ją spisuje, a dziecko „odczytuje” i tak przez kilka kolejnych dni/tygodni. Tym sposobem syn właściwie z pamięci odtwarzał podyktowaną przez siebie historię, co nazywane jest czytaniem i najzwyczajniej w świecie wzrokowo zapamiętał zapis graficzny konkretnych słów. To było dla nas epokowe odkrycie. Skorzystałam z filmiku na YT Pani Marioli Kurczyńskiej i bez wahania będę polecać tę ścieżkę rodzicom dzieci twórczych i z tendencją do narzucania własnej wizji;) Kiedy poczyniliśmy pierwsze szlify w metodzie globalnej, naukę czytania przejęła babcia-nauczycielka i to ona doprowadziła sprawę do pomyślnego finału.

Czytanie z rodzicem na spółkę bajki edukacyjnej i odpowiadanie na pytania
Dziś najczęściej czytanie odbywa się na głos w salonie, a swego czasu mieliśmy okres bajek edukacyjnych, które na końcu zawierają pytania. Szczególnie na początku syn szybciej tracił koncentrację, więc dzieliliśmy się tekstem czytanki, tworząc swoistą przeplatankę- jedna strona ja, jedna syn. Na końcu czytaliśmy pytania do tekstu i syn odpowiadał swoimi słowami. Koncentracja, skupienie, ważne tematy. Same zalety. Szczególnie zapadła nam w pamięć książka „Powiedz komuś!”, poruszająca kwestie świadomości granic każdego człowieka, w tym tego najmniejszego. Przy sprzyjających wiatrach syn czyta całe strony sam na głos i z dumą prezentuje swoje umiejętności. Chwalimy go, zachwycamy się, to go tylko motywuje do dalszej pracy. Bywają jednak dni, gdy chce poczytać sobie w ciszy, zabiera książkę do łóżka i samodzielnie próbuje wprowadzić się w stan znużenia, a potem zasypia. Niestety wtedy czytanie trwa w nieskończoność i w tygodniu najlepiej skontrolować godzinę pójścia dziecka spać.
Wspólne tworzenie historii i wydanie książki (fragment taty)
Antek pewnego dnia zdecydował, że nie chce czytać z tatą, choć mieliśmy wtedy okres fascynacji ninja i byłem pewien, że i tego wieczora dowiemy się jakiejś ciekawostki na temat tych zamaskowanych wojowników. Zamiast tego powiedział, że wolałby, by mu opowiedzieć historię, tak, jak kiedyś zrobiła to babcia. Chwilę trwało nim wpadłem na pomysł chłopca, który pójdzie w las w poszukiwaniu malin i poziomek. Potem historia poszła już gładko i Antek leżał na kapie i z zapartym tchem słuchał, jak Antonius ucieka przez las i jest ratowany przez wielkiego jelenia. Kolejny wieczór już od popołudnia był zaplanowany na dalszą część przygód chłopca. I tak dzień po dniu, czasem z przerwami, które potrafiły trwać nawet kilka tygodni, historia niezwykłego chłopca ewoluowała i nabierała rumieńców. Antek wymyślał imiona, czasem decydował o rozwoju fabuły, albo rozwiązywał proste zagadki w trakcie opowieści. Miejscami, gdy czułem, że warto przemycić jakieś edukacyjne przesłanie, powstawała nowa historia (jak ta o Wiedzącej, która uczy Antoniusa czytania, pisania i medytacji). Wreszcie, kiedy musiałem już robić notatki, by się nie pogubić w wątkach, moja żona powiedziała ważne zdanie- „musisz to spisać”. Od niego do wydania książki był już tylko krok. Choć dość długi, bo trwający niemal rok. Spisanie wszystkiego i opowiadanie na bieżąco nie było łatwe. Potem poszukiwania wydawcy, na końcu decyzja o self-publishingu. I tak trzeba było znaleźć ilustratora, wybrać format książki, zacząć ją samodzielnie składać, edytować… Dziesiątki godzin pracy, choć wciąż twórczej i satysfakcjonujące.
Dzięki wspaniałemu ilustratorowi, Dawidowi Fedorczukowi całość nabierała dodatkowego wyrazu. Antek odpowiadał za akceptację każdej ilustracji- musiała mu się podobać. Komentował każdy zamysł artysty. Do dziś pamiętam, jak mówił o pierwszych ilustracjach Kitsune, że jest zbyt groźny, albo pierwszy obraz Hugina, że „wygląda za staro”. Dawid zaś cierpliwie wprowadzał poprawki. Potem wielokrotne czytanie, w tym na głos. Korekta, ponowny skład i tak w kółko. Szukanie drukarni, szukanie firmy do audiobooka. I cały czas wymyślanie nowych opowieści, dalszych przygód niezwykłego chłopca. Tak niezwykłego, jak nasz synek. Aż wreszcie po niemal roku nasza rodzinna przygoda, nasz czas spędzony wspólnie na budowaniu opowieści, ziścił się w ogromnym kartonie pełnym egzemplarzy wydanej książki. Antek z dumą zaniósł egzemplarz do szkoły, a ja teraz nie mogę już przestać opowiadać. I tak nasza tradycja opowieści trwa, a Antonius przeżywa kolejne przygody i odkrywa nowe życiowe prawdy.

W czerpaniu radości z czytania nie ma złej metody. Dla nas zabawa słowem to naturalne środowisko, dla kogoś innego może to być jedynie akcent w planie dnia. Ale niezależnie od skali, jeśli tylko będę temu towarzyszyć pozytywne emocje, czytanie stanie się znakomitym sposobem na integrację rodziny i rozbudzenie wyobraźni dziecka
