
Już po Mikołajkach, ale jeszcze przed Bożym Narodzeniem. Dla wielu z nas to wyjątkowy czas nie tylko ze względu na świąteczny nastrój, ale przede wszystkim na okres, w którym przyszło nam organizować uroczystości. Pandemia dotyka w różnym stopniu, ale każdego bez wyjątku. Dla nas również będzie to specyficzny moment z konkretnych względów. Jak wiadomo, pod choinką muszą się znaleźć prezenty dla dzieci. Reklamy pełne uśmiechniętych lalek, turboszybkich samochodzików, czy supermodnych gier komputerowych. Ale jak tu mądrze wybrać podarek dla chłopca z ADHD, który jest prezentem w wersji mega, ultra i turbo w jednym, a zarazem nadmiernie nie obudzi w nim niepotrzebnych demonów? Jedno wiem na pewno – po mikołajkowych doświadczeniach jesteśmy już mądrzejsi. Wiemy, co budzi wielkie emocje i co stało się chybionym strzałem. Mamy też swoje pewniaki Nie żebyśmy byli rodzicami, którzy wcześniej niczym Sherlock w szczytowej formie drobiazgowo nie przeczesywali internetu w poszukiwaniu właściwej zdobyczy. Kto, jak nie my? Świadome rodzicielstwo popieramy całym sercem. Tyle, że nikt nie wspomina, że gwarancji dobrego wyboru nie ma żadnych, za to zabawy co niemiara i ubaw po pachy po swoistej podarkowej operacji na żywym organizmie. Bo jak mówi stare przysłowie – najlepiej uczyć się na własnych błędach
To przecież proste, tyle że wcześniej nie wiedzieliśmy, że mamy do czynienia z nadpobudliwością psychoruchową…
No to zacznijmy od pierwszego zbrodniarza, którym są słodycze. Teoretycznie nie ma żadnych konkretnych badań naukowych, a przynajmniej jak do takich nie dotarłam, które mówiłyby, że dzieciom z ADHD absolutnie nie wolno jeść słodyczy. Faktem jednak jest, że energia pochodząca ze zwodniczych słodkości działa gwałtownie, daje chwilowego i konkretnego kopa glukozowego, by po chwili równie gwałtownie spaść i przejść w stan uzależnienia od dostarczania cukru w organizmie.

U jegomościa, który cierpi na nadruchliwość słodycze to taki zapalnik przy granacie, który musi w końcu wybuchnąć. Bo kto z nas rodziców nie zna sytuacji, gdy na jednym cukierku z całego opakowania się nie kończy, a próby odmowy spełzają na niczym, albo skutkują:
*zapętlającą się serią “ale proszę”, “mogę”, “mamo”;
*obrazą majestatu na wieczność;
*awanturą po bezskutecznych prośbach (to dla osobników o zaplanowanej konsekwencji)
*skrupulatnie zaplanowaną zuchwałą kradzieżą z triumfem małego słodyczożercy
*kompletną porażką rodzica i daniem kolejnej słodkości….
Nie od dziś wiadomo, że słodycze bywają zdrowe, ale najczęściej dotyczy to tych przypadków, gdy robimy je sami i mamy pewność co do składu. Wściek, szał i ptasi móżdżek to niemalże norma po spożyciu nadmiernej ilości cukrów przez dzieci nadpobudliwe. My oczywiście włożyliśmy do paczki mikołajkowej syna słodycze, bo wiemy, jak je lubi. I wiem, wiem, każdy rodzic tłumaczy się, że to nie on tak rozbestwił malucha, lecz dziadkowie, przedszkole, podwórko. Przyznajemy się bez bicia, choć na swoje usprawiedliwienie mamy fakt odnotowany w rodzinnych annałach, że jako jedni z nielicznych instynktownie ograniczaliśmy naszemu maluchowi cukier od urodzenia. Mnie bardziej chodziło wówczas o higienę jamy ustnej, na punkcie której byłam wręcz zafiksowana, ale dobroczynne działanie rozlało się szerzej;) Tak więc dostał żelki i lizaka, na które rzucił się. A potem tylko radośnie biegał, skakał, wariował, rzucał się- wszystko oczywiście w euforii po otrzymaniu prezentów. Ale jak to ze słodyczami bywa- każda paczka żelków ma swoje dno, a każdy lizak nieuchronnie kończy się plastikowym patyczkiem. Wtedy nastąpił dramat. Dlaczego się skończyło? Nie ma nic więcej? Czy ona (czyt. siostra) może oddać mi swoje i dlaczego nie??? Koszmar, który zdawał się nie mieć końca. Wtedy dobitnie zrozumieliśmy, że słodycze należy dozować rzadko, rozsądnie, zgodnie z ustalonymi wcześniej z dzieckiem zasadami i konsekwentnie się tego trzymać. Bo choć pierwsze próby bywają testem naszej cierpliwości, to już kolejne są dzięki temu łatwiejsze. Wystarczy, że wspólnie ustalicie i spiszecie reguły, powiesicie w widocznym miejscu i będziecie się do nich regularnie odwoływać. Konsekwencja zbawia.
Na drugi rzut poszły klocki LEGO i nie jest to reklama, czy jakiś wpis sponsorowany. Po prostu nasz syn, od kiedy pamiętam, bardzo lubił składać, układać, a potem konstruować, wymyślać scenki i znowu burzyć, by kolejno je odbudowywać. I uwierzcie, nie ma w tym nic dziwnego, choć bacznie obserwowałam, czy nie jest to jakiś fiks w kierunku zaburzeń ze spektrum autyzmu. A twierdzę tak, bo mój mąż ma na tym punkcie absolutnego fisia i nie jest on chorobliwy. Ja zresztą też lubię budować, choć klocki LEGO w czasach naszego dzieciństwa były raczej luksusem, aniżeli zabawką dostępną od ręki. I muszę oddać znanym i opatentowanym klockom, których widok w pudle nie budzi większych emocji, że ich składanie i powstawanie nowych światów z niepozornie wyglądających kształtów, jest fascynujące, wciągające i emocjonujące. To znakomity trening dla niecierpliwego chłopca, który nijak nie potrafi się skupić na czymś dłużej. A jeśli tylko go to zainteresuje, macie gwarancję, że dziecko przepadnie w swoim pokoju na co najmniej godzinę.

Jest oczywiście ryzyko “uzależnienia” od LEGO, które wcale nie jest tanie, ale my wzięliśmy się na sposób. I właśnie o tym sposobie miała być ta część wpisu. Otóż nabyliśmy klocki na kilogramy, używane, które były zbiorem interesujących nas i syna figurek, akcesoriów. Oczywiście w całej tej masie znalazło się mnóstwo zdekompletowanych, uszkodzonych, czy nieoryginalnych, bądź powtarzalnych elementów, ale i tak ich ilość imponowała w stosunku do ceny, jaką zapłaciliśmy za nie. Jak sobie uzmysłowiliśmy, ile musielibyśmy zapłacić za nowe zestawy z tymi bohaterami, nie mieliśmy wątpliwości, że dokonaliśmy właściwego wyboru. Przed wręczeniem prezentu nastąpiła rzecz jasna, dezynfekcja, selekcja i można było śmiało przystroić pakuneczek. Myślę, że kilkulatek nie bardzo widzi różnicę między nowym i używanym zestawem. Trudniej z pewnością zbyć takim prezentem starsze dziecko. To nasz patent, choć ilość zestawów nowych, podarowanych, czy kupionych samodzielnie i tak jest u nas imponująca:) Ileż było radości i zaskoczenia, gdy ciekawskie rączki rozpakowały zawiniątko ze wstążką. Bezcenne.
Książki, książki i jeszcze raz książki. Nasz dom czyta, więc tradycji musiało stać się zadość. Jako, że nasz kilkulatek szczęśliwe składa pierwsze wyrazy, postanowiliśmy sprawić mu prezent, który łączy w sobie piękne z pożytecznym. Padło na serię dla młodych czytelników “Czytam sobie” z dużymi literami i ciekawymi ilustracjami. Seria jest tak skonstruowana, by zainteresować młodego czytelnika, a równocześnie nie zniechęcić trudnościami w czytaniu.

U nas musiała się pojawić historia słynnego Titanica. Bo trzeba wiedzieć, że u dzieci z ADHD silne emocje je nadmiernie pobudzają, lecz one ciągle dążą do podwyższania poziomu doznań. Nie znają granicy, a to naszym zadaniem jest jej nieustanna kontrola. Historia potężnego statku, który zatonął, to opowieść o katastrofie, która rozpala do czerwoności wyobraźnie malca z ADHD. Kiedy nasz syn pierwszy raz usłyszał tę historię, zarzucał nas pytaniami, ciągle do niej nawracał i widać było, że fascynuje go i równocześnie nie daje spokoju. Książka, która mu ofiarowaliśmy, sprawia, że malec skupia się na szlifowaniu umiejętności składania liter, wycisza się przy tym, skupia. Burzliwa historia z każdym kolejnym wersem staje się spokojniejsza, a dzięki interesującemu go tematowi, nie porzuca tekstu przy pierwszych potknięciach. To motywacja sama w sobie, a do zalet czytania dla dzieci z nadpobudliwością i deficytem uwagi, nikogo już chyba nie trzeba przekonywać.
Mikołajki za nami. O wpływie z pewnością duuuuużo większej ilości prezentów na samopoczucie dziecka z ADHD napiszę po Bożym Narodzeniu. To będzie temat na prawdziwą rzekę refleksji.
