
Może zacznę od początku, czyli od końca naszej historii;)
Należymy z mężem do tego typu rodziców, którzy po usłyszeniu diagnozy, zwyczajnie poczuli ulgę. Dlaczego? Bo w tamtym czasie byliśmy już bardzo zmęczeni ilością wizyt u specjalistów na przestrzeni kilku ostatnich lat. Były to wizyty bez konkretnej diagnozy w schemacie neurolog-psycholog-neurlog-psycholog, w przerwach na liczne rozmowy z wychowawczynią z przedszkola i pojedyncze badania, w tym EEG. A piszę to po to, by dodać otuchy tym wszystkim opiekunom, którzy przez długi czas wędrowali od fachowca do fachowca i do tej pory nie uzyskali jednoznacznej odpowiedzi na dręczące ich pytania. I tak właśnie było z nami.

Kiedy w końcu, całkiem przypadkiem (a może nie) w łańcuszku diagnostycznym, zostaliśmy skierowani do psychiatry dziecięcego, uzyskaliśmy wyjaśnienie naszych dotychczasowych bolączek. Ale równocześnie wiedzieliśmy, że jest to zaproszenie do dalszej wytężonej pracy. I o dziwo, była to Pani doktor, która w państwowej placówce nie potraktowała nas, jak numerek z rejestracji, ale jak ludzi faktycznie potrzebujących wsparcia. Muszę przyznać, że TYM spotkaniem byliśmy pozytywnie zaskoczeni, bo nasze doświadczenia pokazywały, że “bezpłatne” usługi medyczne bywają pospieszne, nieme i nieempatyczne. A tu taka niespodzianka. Ale to tylko potwierdza moją tezę, że praca w trudnych warunkach tylko uwydatnia charakter lekarza, który niezależnie od okoliczności może być po prostu dobrym i rzetelnym fachowcem. Dziękujemy Pani doktor Mai Krefft i podpisujemy się pod opinią o empatycznej specjalistce znanej wśród rodziców dzieci z problemami 🙂
Pani doktor po krótkiej wymianie zdań z nami i z synem, wnikliwej obserwacji dziecka i po wczytaniu się w niemałą stertę dokumentacji psychologiczno-neurologiczno-pedagogicznej, poprosiła nas o zrobienie pisemnego testu. Początkowo uznaliśmy, że to pewnie znów jakaś rutynowa biurokracja potrzebna do udokumentowania wizyty itp. Ale z pozoru niewinne pytania wyglądały na spersonalizowane. Niemalże wszystkie aspekty poruszane w tym kwestionariuszu dotyczyły naszego syna. Patrzyliśmy z mężem na siebie porozumiewawczo i tylko uśmiechaliśmy się, gdy z każdym kolejnym pytaniem byliśmy zgodni co do odpowiedzi. Potem przeczytałam gdzieś w internecie, że każdy rodzic odnosi takie wrażenie, gdy otrzyma trafną diagnozę 😉 Po wypełnieniu wszystkich rubryk, Pani doktor poinformowała nas, że przekroczyliśmy ilość odpowiedzi wymaganych do rozpoznania ADHD.
Kwestionariusz ADHD wraz z instrukcją
ADHD, ADHD – gdzieś to słyszeliśmy, ale przecież nasze dziecko nie jest niegrzeczne…
Nawet przez krótką chwilę pomyśleliśmy o tych wszystkich tezach jakoby ADHD tak naprawdę nie istniało, a było jedynie spiskiem koncernów farmaceutycznych. Swoją drogą nie dziwie się popularności tych teorii, zważywszy na udział znanego psychiatry Leona Eisenberga w ich rozpowszechnianiu. Lecz dla nas nasze dziecko i jego problemy to nie wymysły. Diagnoza była jasna – „F90.0: Zaburzenie aktywności i uwagi”.
Ale wiecie co? Ta cała sytuacja sprawiła, że wszystkie klocki nagle zaczęły się układać! Zrozumieliśmy, że wszystkie te pielgrzymki do poszczególnych specjalistów i badania były potrzebne, by uzyskać całościowy obraz wyzwania, z którym się mierzymy. Właśnie wtedy poczuliśmy oczyszczającą moc wiedzy. Bo wiedzieć, to móc skutecznie działać. Diagnoza – tego nam brakowało, niczym codziennej dawki ruchu naszemu synkowi 😉 Byliśmy szczęśliwi i mogliśmy zacząć pracować kierunkowo, nie na oślep.

Dobrego dnia 🙂
